„Nie wypada mi mówić źle o zmarłych. Ale wiedz jedno: byłaś dobrą żoną dla mężczyzny, który nie zawsze zasługiwał na twoją lojalność”.
Po wyjściu Glorii siedziałam z stygnącą herbatą, a jej słowa rozbrzmiewały mi w głowie. Czego nie wiedziałam o moim mężu, z którym byłam mężatką przez czterdzieści pięć lat? Jakich sekretów skrywał, a Gloria, która z nami mieszkała, nie zauważyła?
Zadzwonił mój telefon z wiadomością. Była od Lisy Montgomery, mojej chrześnicy, którą lata temu byłam mentorką podczas jej szkolenia ortopedycznego.
„Właśnie dowiedziałam się o Robercie. Bardzo mi przykro, matko chrzestna. Jutro lecę z Chicago. Proszę dać mi znać, jeśli będziesz czegoś potrzebować”.
Lisa była córką mojej najlepszej przyjaciółki ze studiów medycznych, Rachel, która zmarła na raka piersi w wieku dziesięciu lat. Przyjęłam rolę matki, opiekowałam się nią w okresie dojrzewania i dorosłości, i zachęcałam ją do zainteresowania się medycyną. Mając teraz trzydzieści lat, była wschodzącą gwiazdą ortopedii dziecięcej na Uniwersytecie Northwestern.
Odesłałam krótką wiadomość z podziękowaniami, nieco uspokojona faktem, że Lisa wkrótce tam będzie. W przeciwieństwie do Catherine, nigdy nie miała mi za złe mojej kariery. Wręcz przeciwnie, była nią zainspirowana.
Odłożyłam telefon i podeszłam do okna z widokiem na Beacon Hill. W oddali migotała panorama Bostonu, a światła odbijały się od rzeki Charles. Ten widok był częścią mojego życia od dekad – tło mojego małżeństwa, mojej rodziny, mojej tożsamości jako pani Robert Wells.
Ale gdy tam stałam, w mojej głowie rozbrzmiewały słowa Roberta z naszej ostatniej prawdziwej rozmowy. Trzy dni przed ciężkim zawałem serca, który okazał się śmiertelny, kłóciliśmy się o jego naleganie, żebym sprzedała swoją praktykę i przeszła na emeryturę.
„Masz prawie siedemdziesiąt lat, Judith” – powiedział niecierpliwie. „Czas odpuścić”. „Powinniśmy podróżować i cieszyć się naszymi złotymi latami”.
„Teraz pracuję na pół etatu” – odpowiedziałam. „Moi pacjenci wciąż mnie potrzebują. Ta praktyka to nie tylko praca. To dzieło mojego życia”.
Jego twarz stwardniała w sposób, który w ostatnich latach stawał się coraz bardziej znajomy.
„Twoja praca zawsze była na pierwszym miejscu, prawda? Przede mną, przed dziećmi”.
„To niesprawiedliwe, Robert”.
„Czyż nie? Zapytaj Catherine, co myśli o twoich priorytetach”.
To była stara kłótnia, którą toczyliśmy w różnych formach kilka razy w ciągu naszego małżeństwa. Ale tego dnia w jego tonie było coś innego, bardziej stanowczego, jakby podjął decyzję, której nie byłam świadoma.
Teraz, patrząc na miasto, które nazywałam domem przez całe dorosłe życie, zastanawiałam się, co to była za decyzja. Co Robert zaplanował, zanim wtrąciła się śmierć?
Moje odbicie, wyświetlane na panoramę miasta, ukazywało kobietę, którą ledwo rozpoznałam. Głęboko zasmuconą, z pewnością, ale także zdezorientowaną, złą, zagubioną. Pod społecznie akceptowalną fasadą pogrążonej w żałobie wdowy kryła się bardziej złożona rzeczywistość. Opłakiwałam nie tylko Roberta, ale także pewniki, na których zbudowałam swoje życie.
Czy moje małżeństwo było naprawdę takie, jakiego się po nim spodziewałam? Czy Robert naprawdę mnie kochał, czy też po prostu mnie tolerował, jak sugerowała Catherine? O jakich sekretach mówiła Gloria?
Odwróciłam się od okna i mój wzrok padł na stronę Roberta, starannie pościeloną, czekającą na gościa, który nigdy nie wróci. Na jego stoliku nocnym leżały okulary do czytania, biografia Churchilla, którą czytał, i iPad.
Zawahałam się przez chwilę, a potem wzięłam iPada. Robert zawsze był bardzo zorganizowany, zwłaszcza jeśli chodzi o jego cyfrowe życie. Jako prezes odnoszącej sukcesy firmy inwestycyjnej, był pionierem w dziedzinie technologii i z entuzjazmem przyjmował każdą nowość. Urządzenie odblokowało się moim odciskiem palca, co na chwilę mnie zaskoczyło, dopóki nie przypomniałam sobie, że lata temu zapisywaliśmy sobie nawzajem odciski palców na urządzeniach na wypadek sytuacji awaryjnych. Jak dawno nie byliśmy wobec siebie tak otwarci i szczerzy?
Otworzyłam jego e-mail, nie do końca pewna, czego szukam. Jego skrzynka odbiorcza była uporządkowana z typową dla Roberta precyzją: foldery z korespondencją biznesową, sprawami osobistymi, sprawami domowymi i każdym z naszych dzieci. Ale był tam jeszcze jeden folder, oznaczony po prostu literą „J”, którego nigdy wcześniej nie widziałam.
Ręce lekko mi drżały, gdy go otwierałam.
W środku znajdowały się setki e-maili z ostatnich piętnastu lat, wszystkie na mój temat. Korespondencja z Catherine na temat moich „skłonności do pracoholizmu”. E-maile do kierownika mojej praktyki z pytaniami o mój harmonogram. Wiadomości do Williama na temat „sytuacji z Judith”.
Moją uwagę przykuł e-mail sprzed zaledwie dwóch tygodni: odpowiedź do Catherine.
„Mam niezbędne…