W sąsiednim salonie Patricia rozłożyła się na robionej na zamówienie aksamitnej sofie, a jej buty spoczywały na jedwabnej poduszce. Piła właśnie trzecią lampkę cabernet, a iPad oświetlał jej ostre rysy twarzy, gdy gorączkowo przeglądała Zillow.
„Myślę o Aspen na dom na zimę” – zawołała, nie podnosząc wzroku. „A może południe Francji. Portfolio Arthura powinno być całkowicie otwarte do jutra w południe”. Przerwała, biorąc łyk wina. „Nie bądź taka ponura, Elaro. Mogę ci pozwolić zatrzymać miotłę, jeśli dobrze się spiszesz. To więcej, niż twój ojciec kiedykolwiek uważał za twoją wartość, najwyraźniej”.
Po mojej lewej stronie, przy drzwiach, leżał stos ciężkich worków na śmieci. Wcześniej tego wieczoru, w milczeniu i agonii, patrzyłam, jak Patricia kazała przeprowadzającym się wyrzucić pudełka z kolekcją zabytkowych zegarków mojego ojca, jego ulubiony fotel i oprawione zdjęcia mojej zmarłej matki. Wymazywała nas, robiąc miejsce na to, co nazywała swoim „studio influencerki”.
Moje mięśnie krzyczały w proteście, plecy bolały mnie od godzin fizycznej pracy, napędzanej żalem i czystą adrenaliną. Ale nie podniosłem wzroku. Nie sprzeciwiałem się. Po prostu zamiatałem dalej, od czasu do czasu mój wzrok błądził ku ciężkim dębowym drzwiom gabinetu mojego ojca. To właśnie tam jutro rano miał się pojawić pan Henderson, prawnik rodziny.
Tyler w końcu znudził się moim brakiem reakcji i poszedł do kuchni, zostawiając telefon na statywie, żeby nagrać moje upokorzenie za pomocą timelapse'a.
Zegar stojący w korytarzu wybił północ. Przestałem zamiatać. W domu wreszcie zapadła cisza, zakłócana jedynie odległym szumem lodówki i wiatrem uderzającym w szybę. Podszedłem do wysokich, sięgających od podłogi do sufitu okien z widokiem na ciemne, rozległe ogrody.