Sierpniowy upał w Greenwich w stanie Connecticut nie tylko dusił, ale wręcz dusił. Był niczym gruba, mokra kołdra, pachnąca drogim nawozem i przesyconym solą powietrzem cieśniny Long Island. Stałem na ganku Vanguard Estate, obserwując, jak mój sześcioletni syn, Leo, układa swoje plastikowe dinozaury na perskim dywanie, który prawdopodobnie kosztował więcej niż moja pierwsza trzyletnia pensja.
Był metodyczny i cichy – taktyczna cisza, która wydawała się zdecydowanie zbyt ciężka dla dziecka w jego wieku.