Słychać było pisk mikrofonu, wysoki dźwięk rozdzierający sens tego, co miało być idealnym wieczorem.
Stałam jak sparaliżowana pośrodku Willow Creek Barn, ściskając dłoń na ramieniu mojego świeżo upieczonego męża, Marcusa, tak mocno, że bałam się, że odetnę mu krążenie. Sala skąpana była w ciepłym, bursztynowym blasku lampek zawieszonych na krokwiach, a w powietrzu unosił się zapach pieczonego kurczaka z rozmarynem, drogich perfum i delikatny, słodki aromat ogromnego ciasta waniliowego czekającego w kącie. Dwieście twarzy zwróconych było w stronę stołu prezydialnego – przyjaciele, rodzina, strażacy w mundurach galowych – a na ich twarzach malowało się od zdumienia po skrajne przerażenie.