„Ten mundur to moja tożsamość, Marku” – powiedziałem, a mój głos opadł o oktawę w „głos dowódcy”, który zazwyczaj rezerwowałem dla centrum operacji taktycznych. „To miałem na sobie, kiedy uratowałem ci życie. Czy twoja matka też uważa moją odwagę za „asertywną”, czy po prostu dlatego, że nie idzie za nią fundusz powierniczy?”
Mark odwrócił wzrok, niezdolny spojrzeć mi w oczy. Patrzył na podłogę, na swoje wypolerowane oksfordy, na wszystko, tylko nie na kobietę, którą obiecał chronić. „Po prostu… postaraj się trzymać w cieniu, dobrze? Nie rób sceny. To wielki dzień Leo. Przebrnijmy przez koktajl bez wykładu o etyce wojskowej”.
Poczułam chłód w piersi – taktyczny dystans. „Będę się dobrze zachowywać, Mark. Dopóki twoja matka będzie się dobrze zachowywać”.
Schodząc po wielkich spiralnych schodach w stronę sali balowej, powitał nas zapach drogich lilii i leżakowanego bourbona. Sterling Estate była pomnikiem arogancji „starych pieniędzy”, rozległą fortecą z marmuru i szkła, ukrytą w górach Wirginii. Technicznie rzecz biorąc, należała do firmy-słupka pod kontrolą Eleanor Sterling, kobiety, która traktowała świat jak swoją osobistą szachownicę, a mnie jak pionka, którego przypadkowo odziedziczyła.
W sali balowej Eleanor była słońcem, wokół którego krążyło kilkanaście osób z towarzystwa. Była odziana w perły i Diora, a jej twarz przypominała maskę chirurgicznej perfekcji. Wchodząc, zobaczyłem, jak jej wzrok utkwiony jest we mnie. Nie uśmiechała się. Nie machała. Szepnęła coś do kobiety obok siebie – żony przedsiębiorcy zbrojeniowego – i wskazała na mnie z drapieżnym uśmiechem o wąskich ustach.
To było spojrzenie myśliwego, który już wykopał dół.
Cliffhanger: Gdy zabrzmiały pierwsze nuty kwartetu smyczkowego, Eleanor oderwała się od grupy i ruszyła w moim kierunku, trzymając luźno w dłoni kieliszek ciemnoczerwonego Bordeaux. Błysk w jej oczach podpowiedział mi, że liczba ofiar wieczoru została już przesądzona.
Rozdział 2: Karmazynowy Sabotaż
Godzina koktajlowa była mistrzowską lekcją biernej agresji. Stałem przy oknach sięgających od podłogi do sufitu, obserwując mieszającą się elitę wirginijskiego towarzystwa „koni i gospodarstw rolnych”. To byli ludzie, którzy mówili o „obsłudze” w kontekście czasu, jaki pokojówce zajęło przyniesienie przystawek. Dla nich moja ranga była ciekawostką, czymś nowym, co Eleanor pozwoliła wprowadzić do cyrku.
„Major Vance”, Eleanor