Niektóre czyny są z gruntu niewybaczalne, a pogodzenie się z tym faktem to prawdziwa wolność. Nie spędzam dni, pochłonięta wściekłością. Po prostu wypędzam je z mojej rzeczywistości. Udało mi się pomimo ich okrucieństwa, a nie dlatego, że znalazłam w sobie siłę, by się z nimi pogodzić.
Dziś Emma i Lucas to błyskotliwi, niezwykle niezależni nastolatkowie. Znają dopracowaną, odpowiednią do wieku historię swoich narodzin, ale dla nich to jedynie abstrakcyjna narracja. Nie ma nad nimi żadnej władzy. Nie wyobrażają sobie, że mogliby być spokrewnieni z ludźmi zdolnymi do takiej ciemności, bo zawsze znali dom skąpany w świetle.
Barbara ma teraz osiemdziesiąt dwa lata. Chodzi nieco wolniej, ale wciąż jest niekwestionowaną matriarchą naszej rodziny, co roku dzierżąc władzę podczas kolacji w Święto Dziękczynienia, żądając, by bliźniaki opowiadały jej o swoich sympatiach i podaniach na studia.
Czasami, gdy w domu panuje cisza, a deszcz bije w okna, moje myśli dryfują ku autostradzie. Pamiętam paraliżujący chłód. Pamiętam absolutną pewność, że zginiemy w błocie.
Ale potem rozglądam się po moim pięknym, ciepłym domu. Patrzę na imperium, które zbudowałem własnymi rękami. I wtedy poznaję prawdę.
Nie tylko przetrwałem burzę. Stałem się architektem własnego nieba.