Nawet nie zadał sobie trudu, żeby sprawdzić. Zamiast tego uśmiechnął się szeroko i powiedział wystarczająco głośno, by jego kuzyn Derek – który jadł resztki przy stole – usłyszał: „Od teraz kupuj sobie jedzenie sam. Przestań żyć moim kosztem”.
W pokoju zapadła cisza.
Wpatrywałam się w niego, czekając na ten znajomy uśmiech, to szybkie „żartuję”, którego zawsze używał, gdy chciał uchylić się od odpowiedzialności. Ale nie nadszedł.
„Słucham?” – zapytałam.
„Dobrze słyszałeś” – odparł, krzyżując ramiona. „Skończyłem płacić za wszystko, a ty zachowujesz się, jakby ten dom był jakimś bufetem z jedzeniem bez ograniczeń”.
Derek spuścił wzrok na talerz. Poczułam rumieniec na twarzy, ale o dziwo, coś we mnie zrobiło się zimne. Nie gniewne. Jeszcze nie. Po prostu jasne.
Skinęłam raz głową. „Dobrze”. »
Ryan zamrugał oczami, niemal zaskoczony, że nie płaczę. « Dobrze? »
„Tak” – powiedziałam. „Od teraz sama kupuję sobie jedzenie”.
Przez kolejne trzy tygodnie trzymałam się tej obietnicy. Sama kupowałam sobie jedzenie, etykietowałam je, gotowałam tylko dla siebie i nic nie mówiłam, gdy Ryan zamawiał jedzenie na wynos albo batony proteinowe. Potem, mimochodem, oznajmił, że zorganizuje u nas urodzinową kolację dla dwudziestu członków rodziny.
A ja się uśmiechnęłam, bo miałam już wtedy plan.
Urodziny Ryana przypadały w sobotę i traktował je jak święto narodowe. W środę założył już czat grupowy ze swoimi rodzicami, rodzeństwem, kuzynami i kilkoma znajomymi, którzy nie przegapili okazji, żeby dostać darmowe jedzenie. Słyszałam, jak podaje z salonu. „Emily robi swoją pieczeń, makaron z serem, marchewkę w miodzie, wszystko w cenie” – powiedział. „Wiesz, jak ona to robi”.
REKLAMA