Cameron mieszkał w pięknym domu w stylu kolonialnym, jeździł BMW i nosił garnitury, które kosztowały więcej niż miesięczny czynsz większości ludzi. Był też najokrutniejszym człowiekiem, jakiego znałam.
„Victoria znowu tu jest ze swoimi własnoręcznie wykonanymi drobiazgami” – mawiał za każdym razem, gdy pojawiałam się na rodzinnych spotkaniach, a jego głos ociekał pogardą. „Przyniosłaś nam kilka z tych bransoletek przyjaźni, które umieściłaś w internecie?”
Rodzina grzecznie chichotała, a ja uśmiechałam się i kiwałam głową, odgrywając z trudem radzącą sobie siostrę artystkę, która po prostu była wdzięczna za to, że jest w ich gronie.
Nie wiedzieli, że te „drobiazgi”, z których kpił Cameron, były w rzeczywistości prototypami mojej nadchodzącej luksusowej linii – przedmiotami, które miały kosztować tysiące dolarów i były już zamawiane w luksusowych butikach na całym świecie.
Moi rodzice, Linda i Robert Clearwater, dawno stracili wszelką nadzieję, że osiągnę cokolwiek znaczącego. Ojciec poklepał mnie po ramieniu ze współczuciem i zapytał, czy „potrzebuję pomocy w moim małym biznesie”. Mama wzdychała dramatycznie za każdym razem, gdy ktoś pytał o jej dzieci, zawsze na początku wspominając o osiągnięciach Camerona, a mnie mimochodem.
„Cameron właśnie został wspólnikiem w jego firmie” – rozpromieniła się. „A Victoria… cóż, Victoria wciąż próbuje to wszystko pojąć”.
Ja wciąż próbuję to pojąć.
W wieku trzydziestu dwóch lat i w zarządzaniu imperium biznesowym, które przewyższyło osiągnięcia życiowe większości ich przyjaciół, najbardziej bolesna nie była kpina. To szczere współczucie w ich oczach. Naprawdę uważali mnie za nieudacznika.
Stałam się ekspertką w obniżaniu ich oczekiwań. Doprowadziłam do perfekcji sztukę wyglądania na nieco przytłoczoną, gdy mówili o „prawdziwych karierach”. Opanowałam sztukę wdzięczności, gdy nieproszone osoby udzielały mi rad, jak uporządkować swoje życie. Ale prowadzenie tego podwójnego życia stawało się coraz trudniejsze. Moje firmy stały się zbyt duże, a mój sukces zbyt widoczny. Pojawiałam się w „Forbesie”, udzielałam wywiadów magazynom biznesowym i byłam zapraszana na konferencje przedsiębiorców – zawsze w cieniu, zawsze chroniąc swoją prywatność.
Dzisiejszy wieczór miał być inny, choć jeszcze o tym nie wiedziałam. Dziś wieczorem starannie wzniesione mury między moimi dwoma życiami miały runąć.
Rozdział 2: Rodzinna kolacja
65. urodziny taty odbyły się w domu rodzinnym przy Sycamore Avenue. Jadalnia była udekorowana niebieskimi i srebrnymi balonami, a mama zapewniła catering z Romano’s. Lista gości była krótka, ale ważna: najbliższa rodzina, kilku bliskich krewnych i kilkoro przyjaciół rodziny.
Przybyłam punktualnie o szóstej, ze skromną torbą prezentową, w której znajdował się zegarek kupiony w domu towarowym. Nic zbyt drogiego, by wzbudzić wątpliwości. Miałam na sobie prostą granatową sukienkę z Targetu i wygodne balerinki. „Victoria” – powitała mnie w drzwiach mama ciepłym uśmiechem, ale ze znaną nutą macierzyńskiej troski. „Wyglądasz na zmęczoną, kochanie. Czy jesz wystarczająco dużo?”
To było jej standardowe powitanie. W jej umyśle byłam zawsze o krok od załamania, jednego pominiętego posiłku.
„Mam się świetnie, mamo” – odpowiedziałam, przytulając ją. „Jestem po prostu zajęta nowymi projektami”.
„Och, to wspaniale, kochanie” – powiedziała z tą samą protekcjonalną zachętą w głosie, którą można by namalować palcami dziecka. „Może tym razem stworzysz coś, co się przyjmie”.
Gdyby tylko wiedziała, że moje „nowe projekty” są przeznaczone do luksusowej kolekcji na przyszły sezon, którą Bergdorf Goodman już zamówił w przedsprzedaży za 12 milionów dolarów.
Rodzina zebrała się w salonie. Cameron stał przy kominku w swoim garniturze Armaniego za 3000 dolarów i opowiedział grupie historię swojego ostatniego zwycięstwa w sądzie.
„A kiedy sędzia orzekł na naszą korzyść, powinnaś była zobaczyć twarz przeciwnika” – powiedział Cameron, a w jego głosie pobrzmiewała mieszanka samozadowolenia, którą tak dobrze znałam.
„Cameron, jesteś naprawdę imponujący” – zaćwierkała pani Patterson. „Twoi rodzice muszą być bardzo dumni”.
„Oczywiście, że chcę” – rozpromienił się tata. „Często spotykany kamień milowy w trzydziestych czterech latach. Możesz w to uwierzyć?”
Usiadłam na krześle w kącie, wystarczająco blisko, by włączyć się do rozmowy, ale jednocześnie wystarczająco daleko, by nie być w centrum uwagi.
„A jak tam twoja mała firma, Victorio?” – zapytała pani Patterson, zwracając się do mnie z uprzejmym zainteresowaniem. „Idzie dobrze” – odpowiedziałam skromnie. „Zajmuję się zamówieniami”.
Cameron zaśmiał się krótko. „Zamówienia na co? Bransoletki przyjaźni? Od jak dawna Victoria prowadzi swój sklep z koralikami? Od siedmiu lat? Wciąż czeka na ten wielki przełom”.
Cała sala zaśmiała się uprzejmie.
„No cóż, Cameron” – zganiła go cicho matka. „Twoja siostra ciężko pracuje”.