ówią, że wartość kobiety mierzy się owocem jej łona – okrutnym, archaicznym miernikiem stworzonym przez tych, którzy nigdy nie zaznali ciężaru złamanego serca. Przez trzy bolesne lata żyłam pod tym duszącym miernikiem w rezydencji, która miała być sanktuarium, ale bardziej przypominała salę sądową o wysokiej stawce. Nazywam się Katherine i zanim stałam się kobietą, którą świat zna dzisiaj – kobietą, która dowodzi światowym handlem diamentami i biżuterią – byłam duchem nawiedzającym korytarze małżeństwa, które już obróciło się w popiół.
Julian był słońcem, wokół którego kręcił się cały mój wszechświat. A przynajmniej tak mi się wydawało. Był mężczyzną, któremu przyrzekłam życie, tym, którego trzymałam za rękę, gdy składaliśmy przysięgę małżeńską w skąpanej w słońcu kaplicy w Hamptons, wierząc, że nasza miłość to niezdobyta forteca. Ale każda forteca ma skazę, a naszą była jego matka, Eleanor Sinclair . Dla niej nie byłam synową; byłam wadliwą inwestycją. Byłam naczyniem, które nie chciało się napełnić, ogrodem, który nie rozkwitał, plamą na prestiżowym dziedzictwie Sinclair.