Sięgnęłam po marker. Zazwyczaj kieruję się zasadą złotego podziału – fi, boskiej proporcji. Mierzę odległości co do milimetra, aby stworzyć obiektywne piękno.
Dziś podążyłem śladami własnej pamięci.
Pochyliłem się nad jej śpiącą postacią. Obrysowałem grzbiet jej nosa. Był prosty, uroczy. Narysowałem linię, żeby zaznaczyć odchylenie – lekkie wypukłości, zupełnie jak moje. Obrysowałem linię jej żuchwy. Była miękka. Zaznaczyłem ją do skrócenia, do wyostrzenia, żeby pasowała do surowości mojego własnego profilu.
Przestałem postrzegać ją jako pacjentkę. Była gliną. Była surowym materiałem.
Przez sekundę ręka mi zadrżała. To był błąd w sztuce. To było okaleczenie. To był koniec mojej kariery, gdyby ktokolwiek się dowiedział.
Ale potem przypomniałem sobie o zdjęciu. Wiedźma.
I przypomniałem sobie o karcie kredytowej.
„Chciałeś zająć moje miejsce” – wyszeptałem w ciszę pokoju. „Więc zajmiesz”.
„Skalpel” – powiedziałem do pielęgniarki.
Wbiła mi narzędzie w dłoń. Światło odbiło się od ostrza niczym gwiazda zimnej stali.
„Dziś zanurzamy się głęboko” – oznajmiłam głosem pozbawionym emocji. „Całkowita rekonstrukcja. Feminizacja twarzy i strukturalna reorganizacja”.
Dokonałem pierwszego cięcia. Na jej skórze rozkwitła linia szkarłatu.
Nie było powrotu.
Rozdział 3: Chirurgia cieni
Operacja trwała dziewięć godzin.
To był