Siedziałam w moim fotelu z uszak, skóra chłodna w dotyku, a na kolanach leżało otwarte, oryginalne, pierwsze wydanie „Vanity Fair”. O dziewiątej penthouse zazwyczaj był katedrą ciszy, z wyjątkiem cichego, rytmicznego szumu miasta wibrującego przez zbrojone szkło. Każdy przedmiot w tej rozległej, pięciotysięcznej przestrzeni – od ręcznie tkanych perskich jedwabnych dywanów importowanych z Tebrizu po abstrakcyjne rzeźby z brązu stanowiące trzon holu – został przeze mnie starannie dobrany. Sfinansowany z majątku mojej rodziny.
„Eleno?”
Głos należał do mojego męża, Marka. Odbił się echem od marmuru kararyjskiego w holu. Brzmiał okropnie napięty, jego ton głosu wzrósł o pół oktawy do nerwowej, piskliwej częstotliwości.
„Jestem w głównym salonie” – odkrzyknęłam, po raz trzeci przeszukując wzrokiem ten sam akapit, nie przyswajając ani jednego słowa.
Usłyszałem kliknięcie ciężkich, dębowych drzwi. Potem rozległy się kroki. Znajome mokasyny Marka na ciężkich obcasach zadudniły o podłogę, ale towarzyszył im obcy rytm. Klik, klak, klak, klak. Ostre, staccato uderzeń tanich szpilek.
Zamknąłem starą księgę, której grzbiet cicho zaskrzypiał, i położyłem ją na mahoniowym stoliku.
Mark zmaterializował się w wielkim przejściu. Jego szyty na miarę grafitowy garnitur, który zazwyczaj nadawał mu pozór niezasłużonej władzy, wyglądał na pognieciony i duszący. Krawat miał przekrzywiony, a górną wargę pokryła mu strużka przerażonego potu. Wyglądał dokładnie jak człowiek, który wszedł na pole minowe i właśnie usłyszał definitywny klik pod butem.
Pół kroku za nim czaiła się dziewczyna.
Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia trzy lata. Ubrana była w krzykliwą, szkarłatną sukienkę Versace – a przynajmniej jej imitację. Głęboki dekolt i marszczenia w talii krzyczały o desperackim chodzeniu po klubach, ubranie dwa sezony niemodne, prawdopodobnie wygrzebane z podmiejskiego outletu. Niewygodnie marszczyła się na biodrach, tania syntetyczna mieszanka walczyła z jej krągłościami.
„Yyy… Elena” – wyjąkał Mark, gorączkowo rozglądając się po pokoju, rozpaczliwie unikając mojego wzroku. Przeniósł ciężar ciała jak winny maluch. „To… to Chloe”.
Zostałam w pozycji siedzącej, starannie składając dłonie na kolanach. Pozwoliłam, by między nami nastała długa, bolesna cisza. „Chloe” – powtórzyłam w końcu, smakując nieznane imię. Smakowało jak tania sacharyna.
„Mój kuzyn” – wyrzucił z siebie Mark, a kłamstwo wyrwało mu się z ust z gracją spadającej cegły. „Daleka kuzynka. Z północy stanu. Ona… eee… spóźniła się na pociąg regionalny do domu. Następny odjazd jest dopiero jutro rano. Utknęła na stacji, więc powiedziałem jej, że może tu przenocować”.
Przyjrzałem się intruzowi. Chloe nie wyglądała na osobę dojeżdżającą do pracy. Nie miała bagażu, żadnej sensownej torby podróżnej, nawet płaszcza, który chroniłby ją przed październikowym chłodem. Ściskała mikroskopijną, cekinową torebkę, która ledwo mieściła telefon komórkowy i szminkę. Jej makijaż był gruby, wypalony do ostrego oświetlenia saloniku VIP, a nie jarzeniowego blasku dworca kolejowego.
„Dobry wieczór” – wycedziła. Nie uśmiechnęła się uprzejmie ani nie podała ręki. Zamiast tego całkowicie ominęła Marka i weszła dumnie w sam środek mojego salonu.
Powoli obróciła się na szpilkach, omiatając wzrokiem okna sięgające od podłogi do sufitu, czarny lakierowany fortepian i rozłożystą włoską lnianą sofę. Głód w jej oczach był instynktowny, naga, pazerna chciwość, której nie potrafiła ukryć na tyle wyrafinowania.
„Wow” – wyszeptała Chloe. To nie był komplement, to była ocena. „Kuzyn Mark naprawdę się w to wpakował, prawda? Nigdy mi nie mówiłaś, że twoje mieszkanie jest takie… ogromne”.
„Mark wkłada w to mnóstwo energii” – odparłam głosem gładkim jak szkło. Wstałam, jedwab mojego stroju domowego ułożył się idealnie. „Nie wiedziałam, że ma w mieście dalszą rodzinę”.
Chloe zmierzyła mnie wzrokiem. Jej wzrok przesunął się po mojej nagiej twarzy, nieuczesanych włosach, skromnych ubraniach bez metek. Widziałam, jak w jej głowie kręcą się prymitywne trybiki. Skatalogowała mnie jako starzejący się relikt, zadowoloną z siebie, nudną żonę-trofeum, gotową do zastąpienia.
„Rodzina to bałagan” – uśmiechnęła się Chloe z wyższością. Odwróciła się gwałtownie i ruszyła w stronę barku – mojego prywatnego barku, zaopatrzonego w single malty jeszcze przed jej narodzinami. Objęła palcami ciężką kryształową karafkę. „Nie masz nic przeciwko, prawda? Na dworcu kolejowym było strasznie dużo kurzu”.
Nie czekając na pozwolenie, przechyliła ciężką kryształową karafkę i nalała sobie wulgarnego, trzypalcowego Macallana, mojego trzydziestoletniego Macallana.
Zerknęłam na męża. Mark niemal wibrował z paniki, a jego kostki pobielały, gdy kurczowo trzymał się krawędzi łuku.
„Chloe, może woda gazowana byłaby lepsza?” – wykrztusił Mark, żałosną prośbą ledwo skrywaną jako sugestia.
„Och, uspokój się, Marky” – zachichotała, biorąc potężny, niewdzięczny łyk szkockiej. „Twoja żona umie się dzielić, prawda, Eleno?”
Kiedy się poruszała, prądy powietrza wokół