Nazywam się Harper Holloway i przez trzydzieści jeden lat byłam przypisem w historii mojej rodziny. Przestrogą szeptaną nad sosem żurawinowym; rozmazaną postacią w tle świątecznej kartki.
Sześć miesięcy temu moja matka, Gloria, wstała przy wielkanocnym obiedzie, stukając srebrną łyżeczką o kryształowy kieliszek do wina, aż w sali zapadła posłuszna cisza. W jadalni mojej siostry, urządzonej tak, by wyglądała jak strona z magazynu lifestylowego, stłoczyło się dwudziestu pięciu krewnych. Gloria spojrzała mi prosto w oczy, mrużąc je z politowaniem, które doskonaliła przez trzy dekady, i oznajmiła zgromadzonemu tłumowi, że jestem jedyną Holloway, która nie potrafi sama zapewnić sobie dachu nad głową.