Rozdział 1: Ciężar uczty
Pieczony ptak ważył niemal tyle, co mój duszący żal. Stał prosto na środku zimnej, marmurowej kuchennej wyspy, absurdalne, lakierowane trofeum w konkursie, o udział w którym nigdy nie prosiłam. Spędziłam godziny, obsesyjnie wpatrując się w jego skórę, skrupulatnie pokrywając ją polewą z roztopionego brązowego cukru i ciemnego bourbona, pozwalając olejkom zmiażdżonych cytrusów unosić się w wilgotnym powietrzu niczym desperacki, wymuszony okrzyk radości. Rozległa kuchnia w rezydencji Blake'ów pachniała intensywnie świątecznymi świętami i cynamonem, a mimo to moje ciało czuło się, jakby było powoli, metodycznie rozmontowywane, kość po zmęczonej kości.
Kiedy cyfrowy minutnik piekarnika w końcu wydał swój przenikliwy, piskliwy sygnał, moje kostki były tak spuchnięte, że straciły wszelkie kontury, boleśnie wylewając się poza brzegi moich płaskich butów. Głęboki, nieustanny ból pulsował w zagłębieniu dolnej części pleców, rytmicznie zgrzytając, że wzięcie pełnego oddechu było prawie niemożliwe. Byłam w głębokim trzecim trymestrze. Dziecko zwinięte w moim łonie było niespokojne i niespokojne od świtu, kopiąc gwałtownie w odpowiedzi na każdy mój gwałtowny ruch i każdą niewidzialną falę stresu, której nie byłam w stanie przełknąć. Byłam na nogach odkąd niebo miało kolor pogniecionych śliwek, przesuwając się w hipnotycznym, bolesnym trójkącie od sześciopalnikowej kuchenki, przez wiejski zlew, po wypolerowane blaty. Rytm mojego poranka nie przypominał radosnego przygotowywania rodzinnego posiłku; przypominał karzący wyrok.