Sięgnęłam do kieszeni. Nie po ściereczkę, ale po telefon. Odblokowałam ekran. Nie sprawdzałam Instagrama ani nie pisałam do znajomego z narzekaniem. Logowałam się do bezpiecznego portalu administracyjnego Vantage Capital, firmy private equity, którą założyłam sześć lat temu, z laptopa w kawalerce.
Na ekranie wyświetlała się seria wskaźników płynności. Statek Sea Sovereign technicznie należał do spółki-wydmuszki, która z kolei była własnością holdingu, zaciągającego ogromny, obciążony dług wobec Sovereign Trust.
We wtorek rano Sovereign Trust został przejęty przez Vantage Capital.
Dotknąłem ekranu, sprawdzając status wniosku. Zatwierdzony. Zastaw był aktywny. Naruszenie umowy – z powodu trzech miesięcy nieterminowych płatności i braku ubezpieczenia – zostało oznaczone na czerwono.
Victoria wstała, lekko się chwiejąc. Podeszła do mnie, a lód w jej pustej szklance brzęknął. Zatrzymała się kilka centymetrów od mojej twarzy. Czułem zapach drogiego ginu i stęchły zapach desperacji.
„Patrzysz w przestrzeń” – syknęła. „To niegrzeczne”.
„Tylko coś sprawdzałem” – powiedziałem spokojnie.
„Prawdopodobnie twoje saldo konta” – prychnęła. „Upewnij się, że masz wystarczająco dużo pieniędzy na powrót autobusem do miasta”.
Udała potknięcie. To był niezdarny, teatralny ruch. Jej nadgarstek drgnął, a resztki jej martini – lepkiego, słodkiego alkoholu – rozprysnęły się na moich sandałach i rąbku sukienki.
„Ups” – uśmiechnęła się ironicznie, cofając się. Złośliwość w jej oczach była ostra i jasna. „Posprzątaj to, dobrze? Przyzwyczaiłaś się do mycia podłóg w tej kawiarni, o której mówisz, prawda?”
Na tarasie zapadła cisza. Nawet Richard przestał palić cygaro.
Spojrzałam na kałużę rozlewającą się na tekowym drewnie. Tekowym, które kosztowało więcej za metr kwadratowy niż dom, w którym dorastałam. Potem spojrzałam na Victorię.
„Zajmę się tym” – powiedziałam, obniżając głos o oktawę. Wyciągnęłam telefon.
„Grzeczna dziewczynka” – powiedziała Victoria, odwracając się do mnie plecami.
„Dzwonię” – kontynuuję.