Moja córka stała przed zatłoczonym stołem w jadalni, lśniąca anomalia w pokoju przytłoczonym beżową elegancją. Miała siedem lat i ubrana była w błyszczącą złotą sukienkę, którą sama sobie wybrała – strój, który odbijał światło żyrandola i rzucał buntownicze tęcze na nieskazitelny obrus. Jej małe paluszki, zazwyczaj poplamione markerami lub ciastem, zbielałymi kostkami zaciskały się na małym, czerwonym pudełku prezentowym.
Wokół niej powietrze było gęste od brzęku kryształowych kieliszków i śmiechów dorosłych, którzy tak naprawdę się nie lubili. Byli zbyt zajęci własnymi głosami, by zauważyć małą dziewczynkę stojącą na czele stołu. Wszyscy oprócz mnie.