„Patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię!” – ryknął Sterling, ślina leciała mu z ust.
Leo był w stanie całkowitego załamania sensorycznego. Jego dłonie rozpaczliwie zakrywały uszy, oczy miał mocno zaciśnięte, kołysał się na piętach, nucąc cichą, szaloną, powtarzalną melodię – jedyny mechanizm obronny przed światem, który nagle stał się przytłaczająco brutalny.
Ogarnęła mnie zimna, przerażająca jasność umysłu. Wyluzowany wujek zniknął, zastąpiony instynktem mężczyzny, który spędził dwudziestkę, zmagając się z wrogimi przejęciami korporacyjnymi i jeszcze gorszymi sytuacjami.
„Zabieraj od niego ręce” – powiedziałem. Mój głos nie był krzykiem. To był niski, niebezpieczny szum, który wibrował w cichej przestrzeni między krzykami Sterlinga.
Sterling obrócił się, jego klatka piersiowa unosiła się wysoko, a w oczach błyszczał dziki, nieokiełznany autorytet. Nie puścił koszuli Leo.
„Ty” – warknął Sterling, szyderczo patrząc na moją wyblakłą kurtkę. „Masz szczęście, że nie wezwałem policji. Twój siostrzeniec to kompletny chaos. Zniszczył trofeum, które było dla niego spuścizną. Jest plamą na nieskazitelnej reputacji tej akademii”.
Wszedłem powoli i rozważnie do pokoju.
Sterling zacisnął mocniej dłonie na Leo. „Nie tolerujemy tu dzieci z defektami, Thorne. Nie obchodzi mnie, jakie wymogi stawiają normy różnorodności. Weź tego kretyna i wynoś się z mojej szkoły. Nie pasujesz do tego miejsca, on też nie”.
Słowo zawisło w powietrzu, brzydkie i ostre. „Wadliwy”. To nie była tylko utrata panowania nad sobą; to było objawienie duszy tego człowieka. Jego elitaryzm nie ograniczał się tylko do pieniędzy; wynikał z ohydnego, eugenicznego poglądu na to, co stanowi „idealnego” ucznia.
Nie wybuchłem. Nie poganiałem go. Podszedłem do Leo z miną