Ironia losu nie umknęła mojej uwadze, gdy stałam w pałacowym lobby hotelu Miramar, a słona bryza znad Pacyfiku smagała rąbek mojego płaszcza. Dla świata byłam Carmen, czarną owcą, „głodną artystką”, o której karierze w projektowaniu graficznym szeptano z mieszaniną litości i drwiny przy każdym stole w Święto Dziękczynienia. Ale gdy moje palce musnęły gładką, chłodną powierzchnię mahoniowego stanowiska odprawy, poczułam sekretny dreszcz w żyłach.
Sześć miesięcy temu ten hotel – ta lśniąca biała forteca luksusu z kaskadami bugenwilli i szmaragdowymi ogrodami – stał się mój. Mój dziadek, Don Ernesto, pominął własne dzieci, by zostawić mi swój klejnot w koronie w testamencie tak tajnym, że do sporządzenia żelaznego trustu potrzebne były trzy różne kancelarie prawne.