„Dokładnie” – wyszeptała, a jej oczy błyszczały przekonaniem.
Carol zamilkła. Znała mikroskopijne zmiany w architekturze mojej twarzy tak, jak zna się partnera tylko po trzydziestu sześciu latach wspólnego życia. Widziała burzę zbierającą się za moimi siatkówkami, żelazne sklepienie zamykające się w moim umyśle. Z niewymuszoną gracją Carol wstała i zaprosiła Alicię, by podziwiała kwitnące hortensje w ogrodzie, zanim zmierzch całkowicie ustąpił miejsca ciemności.
W chwili, gdy ciężkie szklane drzwi zamknęły się za nimi z trzaskiem, atmosfera w jadalni rozpadła się w proch. Nathan pochylił się do przodu, wbijając łokcie w stół i wbijając we mnie wzrok pełen przerażającej jasności, jakiej nie widziałem, odkąd jako nastolatek przyznał się do rozbitego samochodu.
„Dokładnie wiem, co myślisz” – wyszeptał Nathan napiętym głosem.
Trzymałem dłonie płasko na mahoniu. „Więc oświec mnie, synu. Powiedz mi, co myślę”.
„Myślisz, że to zjawa. Myślisz, że coś jest katastrofalnie nie tak”. Przełknął ślinę z trudem, jabłko Adama podskakiwało mu w gardle. „I myślę… Rozpaczliwie potrzebuję, żebyś poszedł do pracy, tato”.
Wpatrywałem się w puste krzesło, na którym przed chwilą siedział drapieżnik, a krew w żyłach krzepła mi jak lód. Polowanie zawitało do mojego stołu.
Rozdział 2: Cyfrowy koń trojański
„Jak długo to trwa?” – zapytałem, a mój głos zniżył się do tego płaskiego, pozbawionego emocji tonu.