Moi rodzice nie tylko podrzucili moją babcię; oni ją porzucili. Zostawili ją na zamarzniętym betonie pod moim podjazdem jak worek z odpadami ogrodowymi przeznaczony do porannego odbioru, tylko po to, by móc przechowywać swojego „Złotego Chłopca” w pokoju, na który sfinansowała dekady poświęceń.
Ja, Charles, trzydziestopięcioletni, szczęśliwy człowiek, żyjący z dala od toksycznego domu rodzinnego, obudziłem się, słysząc brzęczący telefon, który wibrował tak mocno, że o mało nie spadł z nocnej szafki. Była 5:30 rano we wtorek. Niebo za oknem miało siny, fioletowy odcień i jeszcze się nie obudziło.