Osiem miesięcy po tym, jak tusz na papierach rozwodowych wysechł, mój telefon zawibrował, uderzając o twardy plastik szpitalnego stolika. Ekran rozświetlił się, przebijając mroczny, antyseptyczny półmrok sali. Nazwisko przewijające się na szybie należało do tego, którego przysięgłam sobie nigdy więcej nie wypowiedzieć: Ethan Walker.
O mało nie odpowiedziałam. Dłoń wciąż miałam spuchniętą i posiniaczoną od kroplówki, a plastikowa szpitalna opaska drapała mnie po nadgarstku, nieustannie przypominając o ostatnich czterdziestu ośmiu godzinach męki i cudów. W sali unosił się zapach jodyny i pudrowy, słodki zapach noworodka.