W terminalu unosił się zapach kawy, środków dezynfekujących i niecierpliwości.
W duchu, stojąc na punkcie kontroli bezpieczeństwa na lotnisku Hartsfield-Jackson, dostrzegłam monitor, który można było sprawdzić, co było konieczne przy walizkach na kółkach i na wpół pustych napojach. Jarzeniówki nad nami były zbyt jasne, spłaszczając wszystko do surowej przejrzystości. Telewizor zamontowany pod sufitem nadawał komunikaty o ruchu drogowym na autostradzie I-85 i o burzach przesuwających się na wschód, których obiekty ledwo zlewały się z tłem.
Powinno być normalnie.
Kolejny zwyczajny czwartkowy wieczór. Kolejna zwyczajna podróż służbowa.
Byłam wyczerpana w ten cichy, niebezpieczny sposób, którego nie zauważa się, dopóki nie wsiąknie w kości. Taki, który nie wynika z braku snu, ale z tego, że zbyt długo trzyma się wszystkiego w ryzach, bez pytania, jak się masz.
Mój mąż, Quasi, stał obok mnie, nieskazitelny jak zawsze. W idealnie skrojonym szarym garniturze, wyprasowanym do perfekcji, wypolerowanych włoskich butach, z elegancko wiszącą w dłoni skórzaną teczką. Emanował pewnością siebie niczym druga skóra. Drogie perfumy, które kupiła mu w centrum handlowym Lenox na urodziny, unosiły się w powietrzu wokół niego.
Dla każdego, kto na nas patrzył, byliśmy uosobieniem Sukcesu. Rodzina z Atlanty, bez nikogo. Wschodzący Afroamerykanin na stanowisku dyrektora, jego wierna żona i elegancko ubrany syn machający na pożegnanie.
U mojego boku siedział nasz syn, Kenzo.
Sześcioletni. Jego mała dłoń była w mojej, palce wilgotne od potu. Miał na sobie swoją ulubioną bluzę Hawks i świecące trampki, które migały na czerwono i niebiesko, gdy się poruszał. Jego plecak w kształcie dinozaura zwisał krzywo z jednego ramienia, wypełniony kolorowanką i plastikowym T-rexem, którego nosił wszędzie.
Samotny Kenzo w czasach ciszy, może tego w czerwonych czasach. Był za mały. Jego ciało było sztywne, jego oczy badały wszystko wokół nas, zamiast jak zwykle błyszczeć ciekawością. Wydawał się coś ukrywać, coś za dużego dla niego.