Adwokatka Okafor wstała. „Dobrze” – powiedziała. „W takim razie wyruszymy o zachodzie słońca”.
A gdy dzień ciągnął się w nieskończoność, ciężki od strachu, uświadomiłem sobie coś jeszcze, co sprawiło, że mój żołądek ścisnął się jeszcze bardziej.
Skoro Quasi już wynajął ludzi, mógłby zatrudnić ich ponownie.
To oznaczało, że dziś wieczorem, kiedy wrócimy do ruin naszego domu, nie będziemy tylko szukać dowodów.
Będziemy rywalizować z ludźmi wysłanymi, aby upewnić się, że nie pominięto ani jednego szczegółu.
Wyruszyliśmy po zachodzie słońca.
Nocą Atlanta pokazywała zupełnie inne oblicze, łagodniejsze, z cieniami gromadzącymi się tam, gdzie kiedyś panowała pewność. Mistrz Okafor jechał bez muzyki, obiema rękami mocno trzymając kierownicę, co kilka sekund zerkając w lusterka wsteczne. Kenzo, ubrany w pożyczone ubrania, siedział z tyłu, ściskając plecak z dinozaurem przy piersi jak obietnicę, której bezwzględnie zamierzał dotrzymać.
Nikt nic nie powiedział.
Każdy dźwięk wydawał się ogłuszający. Opony na asfalcie. Syrena w oddali. Głęboki warkot silnika.
Kiedy dotarliśmy do naszej dzielnicy, latarnie rzucały długie, przerywane cienie na chodnik. Taśma ostrzegawcza wciąż tam wisiała, łopocząc bezwładnie, żółta na czarnym tle. Zapach był pierwszą rzeczą, która nas uderzyła. Wilgotny, ostry dym, który unosił się w powietrzu, jakby po prostu nie chciał zniknąć.
Prawniczka Okafor zaparkowała dwie ulice dalej.
„Dwadzieścia minut” – powiedziała cicho. „Zostanę na zewnątrz. Jeśli wydam choć jeden dźwięk, uciekniesz. Bez wahania”.
Skinęłam głową; gardło miałam zbyt ściśnięte, by mówić.
Kenzo wsunął dłoń w moją. Była ciepła. Mocna. Autentyczna.
Poszliśmy wąską ścieżką za domami, przeszliśmy przez niski murek, a nasze buty cicho zgrzytnęły na żwirze. Ogród wydawał się mniejszy, niż pamiętałam, kępy spalonej trawy słabo oświetlone blaskiem księżyca.
Tylne drzwi były krzywe i osmalone od ognia. Kiedy na nie nacisnąłem, otworzyły się z długim, zmęczonym jękiem.
W środku dom był nie do poznania.
Ściany były zwęglone do gołego szkieletu. Sufit zapadł się, przygnieciony wodą. Popiół pokrył wszystko, zamieniając znajome przestrzenie w miejsca upiorne. Wyspa kuchenna, przy której Kenzo odrabiał lekcje, była wypaczona i popękana; metalowe sprzęty były pokryte pęcherzami, jakby spłonęły żywcem.
Nie pozwoliłem sobie przestać.
„Biuro taty” – mruknął Kenzo, ciągnąc mnie do siebie.
Schody zaskrzypiały pod naszym ciężarem, przemoczone i niestabilne. W połowie drogi poręcz ustąpiła, strawiona przez ogień. Mocno trzymałem Kenzo; serce waliło mi tak mocno, że czułem, jakby miało mi połamać żebra.
Drzwi do biura były spuchnięte, ale wciąż nienaruszone. Pchnąłem, moje ramię gwałtownie zaprotestowało, aż w końcu ustąpiło.
Zapach w środku był inny. Mieszanka dymu, wody kolońskiej i metalicznego zapachu.
Obraz, który krył sejf, zniknął, spłonął na popiół.
Sejf był wystawiony.
Wszedłem do pokoju urodzinowego Quasimoda.
Bip.
Zielone światło.
Drzwi nagle się otworzyły.
W środku leżały pliki banknotów, niechlujnie związane gumkami. Paszporty. Tani telefon jednorazowy. Cienki czarny notes.
„Zabierz wszystko” – wyszeptałem.
Kenzo podszedł do najdalszego kąta i uklęknął przy luźnej desce parkietowej. Zwinnymi palcami uniósł deskę. „Proszę” – wyszeptał.
Kolejny telefon. Elegancki. Zupełnie nowy. W zapieczętowanej kopercie.
Wsadziłem wszystko do plecaka.
Wtedy usłyszeliśmy głosy na dole.
„Policja powiedziała, że teren jest bezpieczny” – powiedział mężczyzna niskim, poirytowanym głosem.
„Szef chciał, żeby to sprawdzić” – odpowiedział drugi. „Tylko dla pewności”.
Poczułam dreszcz strachu.
Wzrok Kenzo spotkał się ze mną.
Schowa.
Wślizgnęliśmy się do środka i ledwo zamknęliśmy drzwi, gdy snopy światła naszych latarek rozświetliły biuro. Rozległ się ciężki krok. Jeden z nich cicho zachichotał.
„Sejf jest otwarty” – powiedział. „To nienormalne”.
Kolejna pauza.
„A to?” – zapytał drugi mężczyzna, świecąc latarką na ziemię. „Ślady stóp. Za małe”.
Zbyt długo wstrzymywałam oddech.
„Dziecko?” – powiedział pierwszy głos.
„Zadzwoń do Quasi” – odpowiedział drugi.
Na zewnątrz krzyk rozbrzmiał echem w nocy.
Odważna. Przerażona. Kobieta.
Mężczyźni zaklęli i uciekli.
Nie czekałam.
Zbiegliśmy po schodach, wyszliśmy tylnymi drzwiami i dotarliśmy na dziedziniec. Mistrz Okafor był blady, ciężko dyszał i trzymał dłoń przyciśniętą do piersi.
„Załapałeś?” syknęła.
Skinąłem głową, zarzucając plecak na ramię.
Biegliśmy, aż paliły nas płuca; zatrzymaliśmy się dopiero, gdy drzwi samochodu zatrzasnęły się z hukiem i ryknął silnik.
Dopiero wtedy pozwoliłem sobie na oddech.
Wróciwszy do jego biura, opróżniliśmy