Ale w chwili, gdy wszedł, coś się zmieniło.
Dom był zaniedbany: popękane ściany, połamane fotele, starzy ludzie wpatrujący się tępo w migoczące telewizory. A potem, przy brudnym oknie, ją zobaczył.
Wychudzona kobieta z rozczochranymi, siwymi włosami siedziała zgarbiona na wózku inwalidzkim, jej wzrok był zagubiony, jakby zatopiony w myślach. Nie było w niej nic nadzwyczajnego, a jednak coś w jej twarzy sprawiło, że poczuł ucisk w piersi.
Podszedł.
Kiedy kobieta podniosła wzrok, w jej zamglonych oczach pojawił się dziwny, niewyraźny błysk. Leonardo – zazwyczaj spokojny i opanowany – poczuł, że drżą mu ręce. Kierownik poinformował go, że ma na imię Carmen, mieszka tu od dawna, nie ma żadnych udokumentowanych krewnych i bardzo skąpe wspomnienia z przeszłości.
Wszystko w Leonardzie nalegało, żeby odszedł. Ale nie mógł. Coś w nim szeptało, że ta kobieta nie jest obca.
Przykucnął przed nią. Powoli Carmen uniosła drżącą dłoń i dotknęła jego policzka: słodki, nieśmiały gest, znajomy w sposób, którego nie potrafił opisać.
Potem wyszeptała słowo.
Imię.
Imię, którego używali tylko ci, którzy go kochali:
Po przeczytaniu tego podręcznika kliknij przycisk Dalej lub kliknij przycisk. [Nie jestem pewien, czy jesteś fanem na Facebooku.]