Powoli opuściłam łyżkę i rozejrzałam się dookoła.
Dom, który tak starannie i z tak skromnym budżetem umeblowałam w dzieciństwie. Ciężkie lniane zasłony, które sama uszyłam, bo nie było nas stać na szycie na miarę. Solidny dębowy stół jadalny, który kupiliśmy na wyczerpujący ratalny rat, kiedy tak nam brakowało pieniędzy, że praktycznie liczyliśmy grosze w poduszkach na sofie.
„Dołożę się” – powiedziałam cicho, czując, jak nagle w środku piersi tworzy mi się zimny węzeł.
David zaśmiał się cicho, protekcjonalnie. Był to dźwięk całkowicie pozbawiony ciepła.
„Eleno, proszę cię. Nie pracujesz”.