„Planowałeś moją ucieczkę”.
Nie zaprzeczył.
Bo nie mógł.
„Źle to obliczyłeś” – powiedziałem.
„Jak?”
„Założyłeś, że nie rozumiem zasad gry”.
Pokazałem ostateczny dokument, ten najważniejszy.
Klauzula niewidzialnego wkładu.
Chociaż był formalnym właścicielem dla celów podatkowych, kapitał początkowy pochodził z mojego konta.
Można go legalnie śledzić.
„Jeśli zlikwidujemy firmę” – wyjaśniłem – „odzyskam swoją inwestycję z odsetkami. I połowę firmy”.
Zbladł.
„To mnie niszczy”.
„Nie” – odpowiedziałem cicho. „To jest równość”.
Po raz pierwszy od dziesięciu lat to on się trząsł.
„Możemy to naprawić” – wyszeptał.
„Możemy” – zgodziłem się. „Ale nie na twoich warunkach”.
Dwa tygodnie później podpisaliśmy nową umowę.
Dom pozostał na mnie i na dzieci.
Nabyłem oficjalne udziały w firmie.
I retoryka „pół na pół” zniknęła.
Druga kobieta zniknęła z jego arkuszy kalkulacyjnych.
Miesiące później podpisaliśmy rozwód.
Bez dramatów.
Bez łez.