Kroki rozległy się echem w korytarzu.
Ignorując ból, wzięłam ją za rękę. Wyciągnęłam wenflon, ciasno owinęłam dziecko, przerzuciłam nogi przez krawędź łóżka i wstałam.
Kiedy klamka się przekręciła, wymknęliśmy się bocznym wyjściem.
Wyszliśmy ze szpitala, nie oglądając się za siebie – i wtedy wszystko się zaczęło.
Na zewnątrz nocne powietrze drapało mnie po skórze, ale adrenalina dawała mi siłę. Emily zatrzymała taksówkę, a ja trzymałam noworodka, a moja opaska szpitalna wciąż zwisała z mojego nadgarstka. Kierowca zawahał się.
„Właśnie urodziła” – powiedziała Emily zdecydowanie. „Proszę bardzo”.
Skinął głową i pojechał dalej.
Kiedy dotarliśmy do domu, mój mąż, Mark Bennett, zamarł z szoku. „Laura? Nie powinnaś była jeszcze zostać wypisana”.
Emily podała mu gazetę. Przeczytał ją dwa razy. Zacisnął szczękę. „To nie wypadek” – powiedział cicho. „To tuszowanie”.
Rano ból był nie do zniesienia. Mark szybko zabrał mnie do innego szpitala. Po badaniach i skanach przyszła lekarka z poważnym wyrazem twarzy.
„Otrzymałaś zbyt dużą dawkę leku wywołującego poród” – wyjaśniła. „Zdecydowanie za dużą. Mogło to spowodować silne krwawienie – albo coś gorszego. Masz szczęście, że twoja córka to złapała”.
„Na szczęście” nie wydawało się właściwym słowem.