Publicité

Po rozwodzie dostałam nową pracę i codziennie zostawiałam kilka monet dla schorowanej staruszki, która siedziała przed sklepem. Pewnego dnia, kiedy jak zwykle schyliłam się, żeby odłożyć pieniądze, nagle mocno chwyciła mnie za rękę i wyszeptała: „Tak wiele dla mnie zrobiłaś. Nie wracaj dziś do domu. Jutro zatrzymaj się w hotelu – coś ci pokażę”.

Publicité

Simone podniosła słuchawkę. Na ekranie pojawiło się zdjęcie. Jakość była słaba. Zdjęcie ewidentnie zostało zrobione w nocy, ale coś było widać. Alejka za budynkiem, słabo oświetlona pojedynczą latarnią. Dwóch mężczyzn stało późną nocą przy wejściu do budynku.

„To jest… to jest mój budynek” – wyszeptała Simone, rozpoznając znajome kontury.

„Tak, kochanie. Byli tam też przedostatniej nocy. A wczoraj wieczorem, około dziesiątej, spałam na klatce schodowej sąsiedniego budynku, wyszłam na zewnątrz, żeby zaczerpnąć trochę świeżego powietrza i zobaczyłam dwóch mężczyzn skradających się w kierunku twojego budynku. Jeden z nich miał kanister z benzyną. Od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Chwyciłam telefon i zrobiłam zdjęcia. Weszli do piwnicy, zostali tam jakieś piętnaście minut, a potem wyszli z kolejnym kanistrem. Weszli po schodach do budynku, wybiegli na zewnątrz z kanistrami i zniknęli za domem. Wtedy wybuchł pożar. Zapukałam do wszystkich drzwi i krzyknęłam: »Pożar!«”. Ktoś wezwał straż pożarną.

Simone przekartkowała jeszcze kilka zdjęć. Mężczyźni wychodzący z piwnicy. Jeden poprawił płaszcz. Drugi rozejrzał się. Na jednym ze zdjęć, kiedy mężczyzna odwrócił się w stronę latarni, jego twarz była rozpoznawalna.

To był Kevin Barnes, ochroniarz w jej biurze.

Simone poczuła lodowaty dreszcz.

„Znam go” – zdołała wyjąkać. „Pracuje w mojej firmie jako ochroniarz”.

Pani Jenkins skinęła głową.

„Tak myślałam. Kręcił się wokół twojego budynku od kilku wieczorów i miał ku temu powód. I wspomniał twoje imię. Powiedział, że jutro dla Simone to się skończy. Wszystko się skończy. Wiesz co, kochanie, skoro postanowili się ciebie pozbyć”.

„Ale ja nic o tym nie wiem”. Simone ścisnęła telefon w dłoni. „Jestem tylko księgową”. „Zajmuję się dokumentami”.

„Więc w tych dokumentach jest coś. Coś, co nie daje im spokoju. Pomyśl o tym przez chwilę, kochanie. Zobaczyłaś coś, czego nie powinnaś była zobaczyć, albo zadałaś pytanie, którego nie powinnaś była zadać?”

Simone próbowała sobie przypomnieć wczorajszą rozmowę z Victorem Sterlingiem. Faktury bez podpisów. Zapytała o nie, a dyrektor zareagował dziwnie. Powiedział, że mógł się pomylić. Ale wczoraj wieczorem Kevin szedł już w kierunku jej budynku z kanistrem benzyny.

„Wczoraj po południu dyrektor pytał o faktury” – powiedziała powoli Simone. „Powiedział, że trzy faktury nie miały podpisu klienta. Powiedziałam mu, że podpisy były, kiedy je otrzymałam. On… wydawał się zaniepokojony i wyszedł”.

„No i proszę” – mruknęła pani Jenkins. „Próbowali przetworzyć fałszywe dokumenty za twoim pośrednictwem. Zauważyłaś nieprawidłowość, zapytałaś o nią, a oni byli w szoku. Postanowili cię zwolnić, zanim zdążysz zgłosić to do urzędu skarbowego albo na policję”.

Simone siedziała skulona, ​​nieświadoma przechodniów. Kręciło jej się w głowie. Wykorzystali ją. Sfałszowane dokumenty przeszły przez jej ręce, a ona tego nie zauważyła.

„Ale teraz to zauważyłam i robi się niebezpiecznie. Co mam zrobić?” zapytała, patrząc na staruszkę.

„Idź na policję. Daj im telefon. Powiedz im wszystko. Zdjęcia podpalacza są tutaj. Niech się tym zajmą.”

„A ty? To twój telefon.”

„Och, w porządku, Simone. Nie potrzebuję go. Jest stary. Mogę nim robić tylko zdjęcia. Kupiłam go na pchlim targu za dwadzieścia dolarów. Weź go. Nie mam nic przeciwko.”

Simone spojrzała na telefon w dłoniach, a potem na panią Jenkins.

„Dziękuję. Ty… uratowałaś mi życie.”

Staruszka uśmiechnęła się bezzębnym uśmiechem. „Okazywałaś mi dobroć każdego dnia i to ci się odwdzięczyło. Idź, kochanie. Nie trać czasu, zanim się dowiedzą, że wciąż żyjesz.”

Simone wstała, schowała telefon do kieszeni i poszła na najbliższy komisariat. Nadal znała adres. Przechodziła obok niego wiele razy – dziesięciominutowy spacer.

Po drodze zadzwoniła do Sierry, powiedziała, że ​​wszystko w porządku i obiecała wyjaśnić później. Sierra nalegała na spotkanie, ale Simone obiecała oddzwonić tego samego wieczoru i się rozłączyła.

Komisariat mieścił się w starym, ceglanym budynku. Simone weszła do środka i podeszła do dyżurnego policjanta, mężczyzny w średnim wieku o obojętnym wyrazie twarzy.

„Muszę zgłosić usiłowanie zabójstwa” – powiedziała stanowczo.

Sierżant spojrzał na nią i zaprowadził ją do środka.

„Proszę iść do trzeciego pokoju. Detektyw dyżurny jest tam”.

Simone przeszła korytarzem i zapukała do wskazanych drzwi. Głos z wnętrza powiedział: „Proszę”.

Detektyw okazał się mężczyzną po czterdziestce, siwym i bystrym, przenikliwym wzrokiem. Na plakietce widniał napis: Detektyw Marcus Hayes.

„Proszę usiąść” – powiedział.

Publicité