„W czym mogę pomóc?” zapytał uprzejmie.
„Muszę to sprzedać” – powiedziałam, ostrożnie odkładając naszyjnik.
Ledwo na niego spojrzał i zamarł.
Zbladł tak szybko, że myślałam, że zemdleje. Odwrócił wisiorek i potarł mały grawerunek przy zapięciu. Potem spojrzał mi prosto w oczy.
„Skąd to masz?” – wyszeptał.
„To od mojej matki” – powiedziałam. „Potrzebuję tylko tyle, żeby zapłacić czynsz”.
„Jak ma na imię twoja matka?” – zapytał natarczywie.
„Linda Parker” – odpowiedziałam. „Dlaczego?”
Mężczyzna cofnął się, jakby poraził go prąd z lady. „Proszę pani… proszę usiąść”.
Ścisnęło mnie w żołądku. „Czy to podróbka?”
„Nie” – wyszeptał. „To prawda”. Drżącymi rękami sięgnął po telefon bezprzewodowy i nacisnął przycisk szybkiego wybierania. „Panie Carter” – powiedział, gdy ktoś odebrał – „mam go. Naszyjnik. Jest tutaj”.
Cofnęłam się o krok. „Do kogo pan dzwoni?”
Uniósł ręce nad słuchawką, a jego oczy były szeroko otwarte z podziwu i strachu. „Proszę pani… pan szuka pani od dwudziestu lat”.
Zanim zdążyłam poprosić o wyjaśnienie, zamek zatrzasnął się. Otworzyły się tylne drzwi.
Wszedł wysoki mężczyzna w ciemnym garniturze, niczym właściciel lokalu, a za nim dwóch strażników.
Nie patrzył na gabloty z biżuterią. Patrzył prosto na mnie, jakby moja twarz przypominała wspomnienie, którego nigdy nie porzucił. Srebrnoszare włosy. Ostre rysy. Spokój, który przyprawił mnie o gęsią skórkę.
„Zamknij sklep” – powiedział cicho.
Ścisnęłam mocniej torbę. „Nigdzie się nie wybieram”. Zatrzymał się kilka metrów dalej, z otwartymi dłońmi. „Nazywam się Raymond Carter. Nie jestem tu po to, żeby cię zastraszać. Jestem tu, bo ten naszyjnik należy do mojej rodziny”.