„Och, pewnie nic się nie stało. Wczoraj zadzwoniła stała darczyńczyni, bo jej zeznanie podatkowe nie zgadzało się z danymi w rejestrach. Myślała, że przekazała więcej, niż zarejestrowaliśmy. Jestem pewna, że to tylko błąd administracyjny. Tiffany to sprawdza”.
„Miej oko na księgową” – powiedział Samuel.
„Nic nie słyszałam” – skłamałam. „Ale będę miała oko na to”.
„Proszę bardzo”. Patricia uśmiechnęła się, ale jej oczy nie błyszczały. Jej spojrzenie było beznamiętne i wyrachowane. „Jesteś taka kochana, Margaret. Liczymy na twoją dyskrecję”.
Resztę popołudnia spędziłam w czystej paranoi. Za każdym razem, gdy dzwonił telefon, podskakiwałam. Za każdym razem, gdy Tiffany przechodziła obok recepcji, żeby iść do toalety, czułam się jak królik wyczuwający jastrzębia.
O 16:45, piętnaście minut przed zamknięciem, Patricia zawołała mnie do swojego gabinetu.
„Zamknij drzwi, Margaret, proszę”. »
Usiadłam w wygodnym fotelu dla gości. Patricia siedziała za swoim mahoniowym biurkiem, splecionymi dłońmi.
„Muszę ci coś powiedzieć w ścisłej tajemnicy” – zaczęła poważnym głosem. „Odkryłam coś strasznego. W tym ośrodku dochodzi do oszustwa”.
Wstrzymałam oddech. « Oszustwo? »
„Systematyczna defraudacja. Ktoś wykradł pieniądze z funduszu darowizn. W ostatnim kwartale brakuje nam prawie czterdziestu tysięcy dolarów”. Westchnęła, wyraźnie zmartwiona. „Podejrzewam… cóż, podejrzewam, że to sprawa wewnętrzna. Zadzwoniłam na policję. Jutro rozpoczynają śledztwo”.
Wpatrywała się we mnie wzrokiem niczym promień lasera.
„Margaret, muszę wiedzieć. Czy ktoś się z tobą kontaktował? Czy ktoś prosił o wgląd w dokumentację finansową? Może ktoś próbuje… zatrzeć ślady?”
Wtedy zrozumiałam, co się dzieje. Sposób, w jaki zadawała pytania. Czas. Niczego mi nie wyznała. Sprawdzała mnie. Chciała sprawdzić, czy to ja jestem źródłem wycieku, czy może szykuje się, żeby zrobić ze mnie kozła ofiarnego. Starsza recepcjonistka z problemami finansowymi. To był idealny scenariusz.
„Nikt” – powiedziałam, ściskając pasek torby tak mocno, że aż zbielały mi kostki. „Tylko odbieram telefon, Patricio”.
„Dobrze” – powiedziała, lekko się rozluźniając. „W porządku. Możesz już iść do domu, Margaret. Odpocznij. Wyglądasz na zmęczoną”.
Wyglądasz na zmęczoną. Brzmiało to jak groźba.
Wyszłam z budynku tak szybko, jak pozwalał mi bolący biodro. Słońce zachodziło, rzucając długie, ciemne cienie na parking. Głos Samuela rozbrzmiewał mi w głowie głośniej niż kiedykolwiek. Nie idź do domu.
Stałam na przystanku autobusowym. Nadjeżdżał autobus numer 14. Miał mnie zawieźć do mieszkania, do łóżka, do moich rzeczy. Alternatywą był hotel, na który mnie nie było stać.
Ale strach to pierwotny instynkt. To przeczy logice. Przepuściłem autobus.
Przeszedłem trzy przecznice do motelu Starlight, obskurnego miejsca z migoczącym neonem. Zapłaciłem czterdzieści dziewięć dolarów za pokój, który pachniał stęchlizną i żalem. Zamknąłem drzwi na klucz, zabezpieczyłem je łańcuchem i podsunąłem krzesło pod klamkę.
Położyłem się na twardym łóżku, wpatrywałem się w zalany wodą sufit i czekałem.
O 2:13 zadzwonił mój telefon komórkowy.
Wpatrywałem się w ekran. Nieznany numer.
„Halo?” Mój głos zabrzmiał ochryple.
„Pani Chen? Tu sierżant Rivera z policji i straży pożarnej w Minneapolis.”
Świat przestał wirować.
„Tak?”
„Proszę pani, dzwonię w sprawie pani mieszkania w Garden View Apartments. Wybuchł poważny pożar”. Wygląda na to, że pożar wybuchł w mieszkaniu 3B. To pani mieszkanie, prawda?
Jednostka 3B. Moja jednostka.
„Tak” – wyszeptałam. „Czy… czy ktoś został ranny?”
„Ewakuowaliśmy budynek. Ale pani mieszkanie jest całkowicie zniszczone. Próbowaliśmy panią zlokalizować, ale nie udało nam się pani znaleźć na miejscu”.
„Ja… wychodzę” – wyjąkałam. „Dziś w nocy nocuję w hotelu”.
„To niezwykłe szczęście, proszę pani. Pożar rozprzestrzenił się lotem błyskawicy. Gdyby pani była tam w środku…”. Zawahał się na chwilę. „Chcielibyśmy porozmawiać z panią jutro, żeby złożyć zeznania”.
Odłożyłam słuchawkę i zwymiotowałam do kosza na śmieci.
Gdybym poszła do domu. Gdybym spała w swoim łóżku. To teraz byłabym prochem.
Samuel o tym wiedział.
Nie spałam. Siedziałam na plastikowym krześle przy oknie motelu i patrzyłam, jak słońce powoli znika na niebie, drżąc z zimna i wilgoci.
O 7:00 rano wzięłam taksówkę do biblioteki. Koszt nie miał dla mnie znaczenia.
Samuel był tam. Kiedy zobaczył, jak wysiadam z taksówki, wstał i po raz pierwszy zobaczyłam, jak płacze. Podbiegł do mnie i przytulił – uściskiem pełnym rozpaczliwej ulgi, pachnącym deszczem i starą wełną.
„Jeszcze żyjesz” – wyjąkał. „Dzięki Bogu. Nie poszłaś do domu”.
„To jest