Kofi wziął dowód tożsamości Zelicy i zobaczył, że nazwisko się zgadza: Zelica Okafor. Zaczął pisać na komputerze. System wydawał się powolny. Kofi wpisał, kliknął i znowu zmarszczył brwi.
„Hę? Dziwne” – mruknął.
Co się dzieje?
Serce Zelicy waliło jak młotem.
„Szczegóły nie wyświetlają się od razu, proszę pani. Nasz stary system czasami działa trochę wolno. Wygląda na to, że to konto jest nieaktywne lub uśpione. Ile czasu minęło od ostatniej transakcji?”
„Może… dwadzieścia lat” – odpowiedziała Zelica niepewnie.
Oczy Kofiego rozszerzyły się.
„Dwadzieścia lat. Chwileczkę, proszę pani. Spróbuję uzyskać dostęp do serwera ręcznego”.
Jego palce znów zatańczyły na klawiaturze. Ekran komputera zamigotał, wyświetlając rzędy zielonego kodu, którego Zelica nie rozumiał.
Cisza. Słychać było tylko dźwięk klawiatury i głośną klimatyzację.
Zelica przygryzła wargę.
To koniec, pomyślała. Konto definitywnie zamknięte, pieniądze stracone.
Kofi podrapał się po głowie.
„Dziwne. Saldo jest nieprawidłowe, proszę pani. Ale na tym koncie jest jakieś ostrzeżenie, alarm. Alarm wysokiego poziomu”.
„Alarm? Czy to znaczy, że mam długi?” – krzyknęła przerażona Zelica.
„Nie, nie, nie ma długu. Nigdy nie widziałam takiego kodu. Chwileczkę, proszę pani”.
Kofi wpisał serię poleceń. Komputer zdawał się przez chwilę zastanawiać. Potem na ekranie Kofiego pojawiło się coś.
Twarz Kofiego, początkowo tak spokojna, nagle się zmieniła. Zbladł. Jego oczy rozszerzyły się i nie spuszczał wzroku z monitora.
„Panie Kofi?” – zawołała Zelica. Kofi nie odpowiedział. Wyglądał na sparaliżowanego. Ponownie przeczytał tekst na ekranie, z lekko otwartymi ustami.
Kofi z trudem przełknął ślinę. Nagle wstał z krzesła tak gwałtownie, że poleciało ono do tyłu i wydało głośny pisk.
„Panie Zuberi! Panie Dyrektorze!”
Głos Kofiego był piskliwy i przerwał ciszę w małym banku. Nie obchodziła go już Zelica. Jego wzrok wciąż z przerażeniem wpatrywał się w ekran.
Z jego gabinetu wyszedł czarnoskóry mężczyzna w średnim wieku o surowym spojrzeniu – pan Zuberi, kierownik oddziału.
„O co chodzi, Kofi? Nie krzycz tak. Są klienci” – warknął pan Zuberi beznamiętnym tonem.