Kolacja była niczym powolny wypadek samochodowy, pełen uprzejmego okrucieństwa. Sala była wypełniona kuzynami Cartera i kilkoma „przyjaciółmi rodziny”, których nazwiska widniały na listach bibliotek Ivy League.
„Więc, Eleanor” – zaczęła Beatrice, a jej głos brzmiał jak wypolerowane ostrze, gdy z gracją kroiła pieczoną kaczkę. „Słyszałam, że twoja firma jest zamieszana w te… jak to się nazywa? Wrogie przejęcia? Brzmi to strasznie brutalnie. Tak bez wdzięku”.
„Chodzi o efektywność, Beatrice” – odpowiedziałam, zaciskając dłoń na kieliszku z winem. „Chodzi o identyfikację aktywów, które są źle zarządzane i ich restrukturyzację, aby uzyskać ich prawdziwą wartość”.
Beatrice parsknęła cichym, dźwięcznym śmiechem, który nie dotarł do jej oczu.
„Restrukturyzacja. Cóż za uroczy eufemizm na chciwość”. Odwróciła wzrok na resztę stołu, a jej głos podniósł się, by wypełnić sobą całe pomieszczenie. „Wiesz, to tragedia współczesności. Kobiety w dzisiejszych czasach myślą, że zasobne konto bankowe to substytut urodzaju. Rzucają swoimi małymi książeczkami czekowymi jak rzemieślnicy, wyobrażając sobie, że mogą kupić sobie drogę do rodu, którego udoskonalenie zajęło wieki. To takie… krzykliwe. Zgadzasz się, Carter?”
Poczułam, jak powietrze uchodzi mi z płuc. Spojrzałam na męża, siedzącego naprzeciwko mnie. To był ten moment. To był ten moment, w którym powie jej, że „rzemieślnik”, z którego drwiła, właśnie uratował mu życie. To był ten moment, w którym stanie w obronie kobiety, która zmarnowała swoją przyszłość, by go uzdrowić.
Carter wziął powolny, rozważny ton.