Lily wpatrywała się we mnie zszokowana. Ale Cassandra? Jej oczy rozbłysły drapieżnym triumfem, który sprawił, że zrobiło mi się niedobrze.
„Widzisz?” Cassandra wyszczerzyła się, podchodząc bliżej. „Nawet w swojej starości wie, kim jest prawdziwy prezes. Wie, że tylko ja mogę pomnożyć te pieniądze”.
Nie widziała smutku w moich oczach. Widziała tylko znaki dolara. Nie zdawała sobie sprawy, że w szachach, które rozgrywaliśmy, właśnie zbiła pionka, zostawiając króla na otwartej pozycji.
„Zadzwonię do banku rano” – powiedziała Cassandra, zamykając tablet. „Nie patrz tak na mnie, Lily. Robię to dla dobrego imienia rodziny”.
Kiedy Cassandra odwróciła się na pięcie, a jej obcasy stuknęły ostrym staccato o linoleum, nie zauważyła, że ciężkie dębowe drzwi się otworzyły. Stał tam mężczyzna w grafitowym garniturze, oparty o laskę, trzymając w ręku sfatygowaną skórzaną teczkę.
To był Marcus Sterling, mój prawnik spadkowy od czterdziestu lat. Spojrzał z cofającej się Cassandry na moją zastygłą postać. Nie odezwał się, ale skinął mi ponuro głową, znając sytuację.
Cassandra minęła Marcusa bez słowa powitania, dzwoniąc już do swojego bankiera na komórce. Nie widziała, jak Marcus ściska rączkę teczki, ani nie słyszała, jak szepcze do pustego korytarza: „Boże, dopomóż, dziecko”.
Dwa dni później Cassandra wróciła. Pachniała Chanel No. 5 i pychą.
Nie przyszła sprawdzić moich parametrów życiowych ani zapytać pielęgniarek, jak spałam. Weszła i rzuciła mi na kolana wyciąg z banku. Papier zgniótł się na kartkach. Saldo na dole było pogrubione i ostateczne: 0,00 dolara.
„Potraktuj to jako inwestycję w dziedzictwo Vance'a, mamo” – powiedziała Cassandra, sprawdzając swoje odbicie w monitorze parametrów życiowych i poprawiając niesforny kosmyk włosów. „Skoro ewidentnie straciłeś kontakt z rzeczywistością, postanowiłem przejąć stery. Przeniosłem już twój „fundusz awaryjny” do…