Boże Narodzenie zawsze było dla rodziny Derellów okresem duchów, ale tego roku cienie nie tylko nawiedzały korytarze; zajęły miejsca przy stole. Nazywam się Rowan Derell i to jest kronika tego, jak moja rodzina próbowała pogrzebać swój fundament, gdy jeszcze oddychał – i jak człowiek, którego uważali za relikwię, zaaranżował ich spektakularny upadek.
Śnieg padał od wybicia południa, ciężkimi, cichymi płatkami, które otulały świat zwodniczym aksamitem. Z wysokich, potrójnie szybowych okien posiadłości Derell krajobraz wyglądał jak pocztówka spokoju. Jednak w środku powietrze było gęste od duszącego zapachu drogiej sosny i metalicznego posmaku niewypowiedzianej nienawiści.