Katedra w Saint-Judea była pełna. Wszyscy wpływowi przedstawiciele państwa byli tam odziani w futra i diamenty, popijając szampana, podczas gdy kwartet smyczkowy grał ponure, eleganckie hymny. Miała to być gala, ale biorąc pod uwagę zachowanie Gavina, wyglądała raczej jak koronacja.
Stałem w cieniu przedsionka, zapierając dech w piersiach. Miałem na sobie garnitur, który kupiłem za ostatnie oszczędności, twarz wciąż posiniaczoną, ręce stabilne tylko dzięki sile woli. Ephraim stał obok mnie, owinięty w ciężki wełniany koc, a jego wózek inwalidzki stał w alkowie.
„Gotowy?” – wyszeptałem.
„Jestem na to gotowy od dziesięciu lat, Rowan” – odpowiedział.
Światła zgasły, a na scenę wszedł prawnik rodziny, Malcolm Keane. Za nim na ogromnym ekranie wyświetlano montaż „występów” Gavina. „Jesteśmy tu, by oddać hołd człowiekowi z wizją” – oznajmił Keane. „Człowiek, który niósł dziedzictwo Derella przez burzę tragicznego upadku ojca i nieszczęsnej zdrady syna”.
Tłum szemrał, a ich oczy błądziły tam i z powrotem, jakby mnie szukały. Wtedy Gavin wszedł w światło reflektorów. Wyglądał wspaniale. Wydawał się niezwyciężony.
„Mój ojciec, Ephraim, nauczył mnie, że dziedzictwo buduje się siłą” – zaczął Gavin, a jego głos rozbrzmiał echem po sklepieniu. „A czasami siła oznacza podejmowanie trudnych decyzji. Oznacza ochronę tego, co zbudowaliśmy, przed tymi, którzy chcieliby to wykorzystać dla własnej chciwości”.
Zamilkł na chwilę, a na jego twarzy pojawił się wyćwiczony wyraz żalu. „Rowan jest moim synem. Kocham go. Ale nie mogę pozwolić, by jego niestabilność zniszczyła to, co zbudowały trzy pokolenia”. »
To był idealny występ. Publiczność była zahipnotyzowana. Lorraine siedziała w pierwszym rzędzie i ocierała suche oczy koronkową chusteczką.
„Zanim skończymy” – powiedział Gavin – „mam ostatnią wiadomość dla mojego ojca, który niestety jest zbyt chory, by tu dziś wieczorem być. Wiadomość o przyszłości”.
Dał znak technikowi, żeby odtworzył nagrane wcześniej wideo. Jednak efektowny film reklamowy, który Gavin przygotował, nie pojawił się na ekranie.
Zamiast tego katedra wypełniła się ziarnistymi, ostrymi jak brzytwa obrazami z gabinetu w wiejskiej rezydencji.
W pomieszczeniu zapadła cisza – cisza tak głęboka, że wydawało się, jakby świat stanął w miejscu. Tam, na dwunastometrowym ekranie, widać było Gavina pochylającego się nad skulonym, półprzytomnym Ephraimem. „Po prostu podpisz, staruszku” – głos Gavina rozbrzmiał z ultranowoczesnego systemu nagłośnieniowego katedry. „Skończyłeś. Nikogo nie obchodzi twoja winnica. Nikogo nie obchodzi twoja „uczciwość”. Zanim Rowan zorientuje się, że jest spłukany, sprzedam już dolinę deweloperom.
Wtedy rozległ się głos Lorraine, ostry i drwiący: „Nie martw się, Ephraimie. Znajdziemy dla ciebie bardzo ładny dom. Taki z bardzo grubymi murami, żebyśmy nie musieli już słuchać twoich narzekań na „korzenie”.
Na nagraniu widać było Gavina, jak przesuwa bezwładną dłonią Ephraima po dokumencie, z wyrazem czystego, drapieżnego triumfu na twarzy.
Katedra wybuchła. Jęki, krzyki, dźwięk tłuczonych kryształowych szklanek o kamienną posadzkę. Gavin odwrócił się do ekranu, a jego twarz pobladła, aż wyglądał jak trup. Lorraine wstała, jej torba upadła na ziemię, a usta otworzyły się w bezgłośnym krzyku.
Wyszedłem z cienia i wszedłem do głównej nawy.
„Zegar nie kłamie, tato” – krzyknąłem, przecinając mój głos przez chaos. „Ale martwe korzenie są o wiele silniejsze, niż myślałeś”.
Gavin spojrzał na mnie i po raz pierwszy w życiu dostrzegłem w jego oczach prawdziwy strach. Próbował przemówić, ale słowa utknęły mu w gardle, gdy drzwi z tyłu katedry otworzyły się i wyszedł prokurator z całym szeregiem umundurowanych funkcjonariuszy.