Szynka leżała na stole dokładnie od czterech minut, gdy moja matka ogłosiła swoją decyzję.
Pamiętam ten szczegół z tak żywą, krystaliczną jasnością, bo obserwowałem parę unoszącą się nad mięsem, zahipnotyzowany spiralą pary. Wirowała w przefiltrowanym świetle żyrandola w jadalni, pachnąc goździkami, miodową glazurą i specyficznym, duszącym aromatem rodzinnych zobowiązań. Przez ulotną chwilę, patrząc na tę szynkę, pozwoliłem sobie cofnąć się myślami do czasów, kiedy uwielbiałem Wielkanoc. Pomyślałem o poszukiwaniach jajek na podwórku tego samego domu, o uczuciu, jakie moje trampki przesiąkły poranną rosą na trawie i o zimnym, rześkim powietrzu wiosny w Illinois.