Moje małe, wspólne mieszkanie w podupadłym budynku stało się moim sanktuarium i więzieniem. Niejednokrotnie zasypiałam przy biurku, by obudzić się z zapisanymi na policzku śladami z podręcznika i trzema godzinami na przygotowanie się do następnych zajęć.
Moja współlokatorka, Stephanie, studentka socjologii z Seattle, zakrywała mnie kocami, gdy mnie tak zastawała, i przyklejała mi na czole karteczki z wyrazami wsparcia. „Wiesz, większość ludzi śpi w łóżku” – zażartowała pewnego ranka, podsuwając mi kubek kawy, gdy odklejałam z twarzy żółtą karteczkę. „Rewolucyjny pomysł”.
Stephanie została pierwszym członkiem mojej wybranej rodziny.
Potem dołączyła do nas Rachel. Była ambitną studentką nauk o środowisku, która organizowała protesty na kampusie i nauczyła mnie, że pasja nie musi być cicha i powściągliwa, jak zawsze myślałam. Marcus, ze swoimi genialnymi umiejętnościami komputerowymi i nieoczekiwaną miłością do debatowania o prawie konstytucyjnym, uzupełnił naszą grupę podstawową. Nikt z nich nie rozumiał presji ze strony rodziny tak jak ja, ale rozumieli coś równie ważnego: jak wspierać kogoś, kto próbuje odnaleźć własną tożsamość poza oczekiwaniami rodziny.
„Rodzina nie jest definiowana przez więzy krwi” – mawiała Rachel często podczas naszych późnych sesji nauki, kiedy otrzymywałam wyjątkowo zimne e-maile od ojca z pytaniami o moje oceny, bez żadnych dodatkowych informacji osobistych. „Liczą się czyny”.
Te słowa stały się moją mantrą przez cztery lata, podczas których miałam minimalny kontakt z ojcem. Moja mama dzwoniła co tydzień, a jej głos w pewnym momencie zniżył się do szeptu, żeby zapytać, czy czegoś nie potrzebuję. Chociaż oboje wiedzieliśmy, że jej zasoby są ograniczone, mój brat Tyler od czasu do czasu wysyłał wiadomości – niezdarne, ale dobrze zamierzone, w których nigdy nie wspominał o naszym ojcu. James pozostawał w cieniu mojego ojca; kontaktował się ze mną tylko z okazji urodzin, wysyłając formalne wiadomości, które brzmiały jak korespondencja biznesowa.
Profesor Eleanor Williams stała się kolejną ważną postacią w moich czasach studenckich. Jako znakomita ekspertka prawa konstytucyjnego, znana z wymagającej, ale sprawiedliwej postawy, stała się mentorką, o której zawsze marzyłam. Po tym, jak nieustannie mnie przepytywała podczas seminarium dla studentów pierwszego roku, poprosiła mnie, żebym została po zajęciach.
„Kłócisz się, jakbyś całe życie się broniła” – zauważyła, opierając się o biurko. „To nie jest krytyka. To wręcz zaleta, jeśli wykorzystasz ją we właściwy sposób”.
Pod jej kierunkiem z osoby, która desperacko próbowała udowodnić swoją wartość, przekształciłam się w akademika, który wierzy we własne analizy. Na trzecim roku poleciła mi staż w Goldstein and Parker, prestiżowej kancelarii prawnej specjalizującej się w sprawach z zakresu odpowiedzialności korporacyjnej. Ironia losu skupienia się na pociąganiu firm do odpowiedzialności za naruszenia etyki nie umknęła mojej uwadze, choć zachowałam dla siebie osobiste motywacje.
Staż okazał się punktem zwrotnym. Współpracując z prawnikami, którzy wykorzystywali swoją wiedzę biznesową do walki z korupcją, zamiast czerpać z niej zyski, dostrzegłam alternatywną drogę, której mój ojciec nigdy nie brał pod uwagę. Moja promotorka, Laura Goldstein, zauważyła moje zaangażowanie.
„Richards” – powiedziała pewnego wieczoru, gdy przygotowywaliśmy się do ważnej sprawy – „masz wyjątkową umiejętność rozumienia sposobu myślenia tych firm, zachowując jednocześnie swój moralny kompas. To rzadkość. Potrzebujemy więcej prawników takich jak ty”.
Jej słowa potwierdziły słuszność obranej przeze mnie drogi w sposób, w jaki żadna ocena ani nagroda nie byłaby w stanie tego zrobić.
W ostatniej klasie liceum zostałem prymusem, przewodniczącym stowarzyszenia przedmaturalnego i dostałem się na trzy najlepsze uczelnie prawnicze, w tym na Yale, co było moim marzeniem. Cena była wysoka. Byłem ciągle wyczerpany, pracowałem bez przerwy i moje konto bankowe było niemal puste częściej, niż mogłem zliczyć, ale udało mi się.
W miarę jak zbliżała się ceremonia ukończenia studiów, wysłałem oficjalne zaproszenia do rodziny, bardziej z poczucia obowiązku niż z oczekiwania. Trzy tygodnie przed ceremonią otrzymałem krótki e-mail od mamy.
„Natalie, niestety nie możemy być obecni na twojej uroczystości ukończenia studiów. Twój ojciec ma w ten weekend ważne spotkanie z klientem, którego nie da się przełożyć. Bardzo mi przykro, kochanie. Jestem z ciebie niesamowicie dumny”.
Nauczyłam się dostosowywać swoje oczekiwania dotyczące wsparcia rodziny. Moi przyjaciele zjednoczyli się wokół mnie i opracowali szczegółowe plany imprezy, która miała zrekompensować nieobecność mojej rodziny.
„Będziemy krzyczeć tak głośno, kiedy wypowiedzą twoje imię, że nawet nie zauważysz, że ich nie ma”.