iedzielny stół obiadowy był niczym pole minowe, zastawione najlepszą porcelaną mamy . Kwiatowe wzory na talerzach zdawały się kpić z napięcia panującego w jadalni, delikatne różowe róże rozkwitały pod ciężarem pieczeni i niewypowiedzianych uraz. Moja córka, Emma , sześcioletnia i drobna jak na swój wiek, siedziała na stosie poduszek, nerwowo machając nogami. Ledwo dotknęła glazurowanych marchewek, a wzrok wpatrywała się w kryształową paterę na ciasto stojącą na kuchennym blacie.
W kopule znajdowało się dekadenckie, trzywarstwowe ciasto z ciemnej czekolady, posypane płatkami złota. To było arcydzieło deseru, prawdopodobnie zamówione we francuskiej piekarni po drugiej stronie miasta, gdzie croissant kosztował pięć dolarów.