Dziesięć minut później pod bramę podjechał luksusowy czarny samochód. Drogi, lśniący, nieświadomy całej tej szarady.
Wyszedł z niego wysoki, pewny siebie mężczyzna – ten sam milioner, mój przyszły mąż, o którym opowiadałam rodzinie, ale mi nie uwierzyli. Spojrzał na mnie w milczeniu – mokrą, z suknią oblepiającą mnie – a potem na moją siostrę.
Złapałam za rąbek sukni ślubnej i ruszyłam w stronę samochodu. Wysiadając, odwróciłam się, uśmiechnęłam i powiedziałam głośno:
„Nie jestem tylko ładniejsza od ciebie. Całe moje życie jest lepsze od twojego. I zawsze będziesz taka zła”.
I przechodząc obok niej, celowo uderzyłam ją ramieniem.
Moja siostra, w białej sukni, wpadła nie do fontanny, ale w błoto, które utworzyło się z rozlanej wody i szampana. Białe płatki róż zmieszały się z ciemną ziemią. Wyszliśmy z chłopakiem. Muzyka ucichła. Nikt już się nie śmiał.
A moja siostra nauczyła się lekcji, której najbardziej się bała. Zżerała ją zazdrość! ☹️