Adwokat Margaret złożył wniosek o ograniczenie odpowiedzialności. Opisał Waltera Ashforda jako starszego, odizolowanego mężczyznę, prawdopodobnie pod wpływem swojego adwokata. Trzykrotnie użył słowa „zdezorientowany”.
Thomas wstał. Położył opinię psychiatryczną na krześle sędziego. Podpisana, opatrzona datą, jednoznaczna. Pełna sprawność poznawcza potwierdzona przez dr. Alana Fieldinga dwa tygodnie przed sporządzeniem testamentu.
Następnie otworzył dziennik. Przeczytał na głos wpis z 14 listopada 2003 roku. Noc, kiedy mnie wyrzucono. Pismo dziadka. Słowa dziadka.
„Margaret zadzwoniła o 21:00 i powiedziała, że wyrzuciła Willow na zewnątrz. Dziecko przeszło 5 kilometrów w deszczu do moich drzwi. Miała 11 lat. Trzęsła się. Oddzwoniłem do Margaret. Powiedziała: »Po prostu ją zatrzymaj. Nie chcę jej«”.
W sali sądowej zapadła cisza. Nie cisza jak w kościele, ale głucha cisza. Margaret podskoczyła. „To kłamstwo. On to wymyślił”.
„Proszę usiąść, proszę pani” – powiedział sędzia.
Thomas zawołał panią Boyd na miejsce dla świadków. Szła powoli, z zaciśniętymi rękami. Opisała noc, deszcz, dziecko, worek na śmieci, telefon na numer alarmowy 911. Opowiedziała, jak policjant udał się do domu Margaret. Opowiedziała, co Margaret mu powiedziała.
„Powiedziała, że jej córka pojechała do krewnych” – powiedziała pani Boyd. „Dobrowolnie”.
Spojrzała Margaret prosto w oczy.
„To było kłamstwo. Widziałam tę małą dziewczynkę idącą ulicą przemoczoną do suchej nitki. Nie było w tym nic dobrowolnego”.
Jedna z kobiet z kościoła z tyłu odłożyła torbę i już jej nie podniosła.
Podczas piętnastominutowej przerwy Margaret przeszła przez przejście i chwyciła mnie za nadgarstek. Mocno ścisnęła. Jej oczy były już suche. Nie było już mowy o żadnym przedstawieniu. Dowiedz się więcej
Rodzina
rodzina
„Niszczysz mnie” – wyszeptała. „Czy tego chcesz?”
Spojrzałem na jej dłoń na moim ramieniu. Ostrożnie ją zdjąłem, palec po palcu, i spojrzałem jej w oczy.
„Nie. Chcę tylko, żeby prawda została usłyszana”.
Sędzia wrócił. Na sali sądowej znów zapadła cisza.
Thomas przedstawił ostatnie dowody: opinię psychiatryczną, dwóch świadków, którzy podpisali dokumenty, dr. Alana Fieldinga i Marthę Bowen, bibliotekarkę miejską. Oboje wciąż żyją, oboje gotowi potwierdzić dwudziestoletni ciąg dowodów, który Thomas utrzymywał dla każdego dokumentu: czysty, nienaruszony i niepodważalny.
Sędzia studiował akta przez 8 minut, co wydawało się 80. Potem przemówił.
«Sąd uznaje testament Waltera H. Ashforda za ważny i należycie sporządzony. Wnioskodawczyni, Willow Frell, jest uznana za jedyną wskazaną beneficjentkę.»
Margaret spuściła głowę. Nie dramatycznie, nie tak, jakby odgrywała swój żal na pogrzebie. To było prawdziwe. Jej ramiona opadły. Jej prawnik położył dłoń na jej ramieniu, ale ją strząsnęła. Nikt z ławek nie podszedł, żeby ją pocieszyć.
Thomas jeszcze nie skończył.
Poinformował sąd, że dowody dotyczące powiązanej sprawy karnej, spisku z udziałem Deana Frella, zostały upublicznione i przekazane wydziałowi karnemu. Przedstawił SMS-y. Wszystkie.
Dean do Victora: „Niech to wygląda naturalnie. Ona tu nikogo nie zna”.
Victor do Deana: „Plan B kosztuje podwójnie”.
Dean do Margaret: „Nie podpisze. Możemy potrzebować alternatywnego planu”.
I Margaret, w ośmiu słowach, które odbiły się echem po sali sądowej jak wystrzał z pistoletu:
„Rób, co musisz. Tylko mnie do tego nie mieszaj”. Kobiety w kościele patrzyły na Margaret, jakby zdjęła maskę, o której nie wiedziały, że ma na sobie. Reporterka pisała tak szybko, że jej długopis słyszalnie skrzypiał po notatniku.
Sędzia zauważył, że postępowanie przeciwko Deanowi Frellowi za podżeganie do popełnienia przestępstwa będzie kontynuowane w oddzielnym postępowaniu. Potencjalny maksymalny wyrok: 20 lat więzienia. Zwrócił się do Margaret.
„Proszę pani, treść pani korespondencji może zostać poddana dalszemu dochodzeniu przez Prokuratora Generalnego. Radzę pani skonsultować się z prawnikiem”.
Margarita nie poruszyła się. Siedziała zupełnie nieruchomo i wpatrywała się w stół, jakby świat ruszył do przodu bez niej, a ona dopiero teraz to zauważyła.
Dowiedz się więcej
rodzina
Rodzina
Wstałem, przeszedłem obok niej i nie spojrzałem w dół.
„Wygrał pan” – powiedziała cicho, nago, za moimi plecami. „Czy jest pan teraz zadowolony?”
Stałem. Nie odwróciłem się.
„Nigdy nie chodziło mi o zwycięstwo”.
Poszedłem dalej.
Przed budynkiem sądu wrześniowe słońce świeciło jasno, wręcz nieprzyjemnie. Świat się nie zatrzymał. Ruch uliczny ruszył. Po drugiej stronie ulicy siedział mężczyzna i jadł hot doga.
Reporterka z „The Current” podeszła do mnie na schodach. Była młoda, koło dwudziestki, z kucykiem i dyktafonem w ręku.
„Pani Frell, czy ma pani komentarz?”