Sztućce drżały mi w dłoni, a subtelna wibracja zdradzała opanowanie, które doskonaliłam przez dekadę. Nad rozległym mahoniowym stołem unosił się gęsty zapach pieczonego indyka, igieł sosnowych i biernej agresji.
„To takie tragiczne, że niektórzy ludzie nigdy w pełni nie wykorzystują swojego potencjału” – westchnęła Olivia, a jej głos był na tyle ostry, że przebił świąteczną atmosferę. Jej oczy, mocno pomarszczone i błyszczące złością, powędrowały w moją stronę z wystudiowanym współczuciem. „Catherine, szczerze mówiąc, może powinnaś zapytać pana Townsenda o wolne miejsca w dziale pocztowym. Przynajmniej to prawdziwa firma. Oferuje korzyści”.