Po kolacji zaczęło się wygnanie. Olivia zaprowadziła mnie do garażu, wolnostojącego betonowego pudła, w którym unosił się zapach benzyny, wilgotnej tektury i zaniedbania. „Nocleg” stanowiła stara wojskowa prycza rozstawiona między zardzewiałymi kijami golfowymi taty a pudłami zakurzonych ozdób świątecznych. Na jednym końcu leżał cienki, nadgryziony przez mole koc.
„Obiad jutro o 19:00” – powiedziała Olivia, a jej głos rozbrzmiał echem w pustej przestrzeni. Stała w drzwiach, oświetlona ciepłym blaskiem głównego domu. „Postaraj się nie wnieść do domu brudu, kiedy wejdziesz. Pan Townsend zostaje tu na kolejną noc i chcemy zrobić dobre wrażenie”.
„Nie przyszłoby mi do głowy, żeby to zepsuć” – powiedziałam cicho.
Gdy ciężkie drzwi zatrzasnęły się z hukiem, pogrążając mnie w półmroku, temperatura zdawała się spadać o dziesięć stopni. Usiadłam na rozchwianej pryczy, sprężyny jęczały pod moim ciężarem.
Wyciągnęłam telefon. Blask ekranu oświetlał mój oddech, który zaparowywał w powietrzu. Trzy pilne e-maile od zarządu wymagały uwagi przed jutrzejszym spotkaniem. Tym samym spotkaniem, na którym „idealny” szef Olivii, pan Townsend, miał przedstawiać swoje raporty kwartalne. Nie zdawał sobie sprawy, że jego premia na koniec roku, a w zasadzie jego dalsze zatrudnienie, zależą wyłącznie od aprobaty prezesa, którego nigdy nie poznał.
Uśmiechnąłem się zimnym, ostrym wyrazem twarzy, jakiego nikt w mojej rodzinie nigdy nie widział.