Teraz potrzebowała stałej opieki. Leki według harmonogramu, zastrzyki, nocne czuwania, pomoc w najprostszych sprawach. I cały ten ciężar spadł na barki tej samej kobiety w czerwonej sukience.
Na początku gospodyni się opierała. Bardzo się starała, uśmiechała do lekarzy, udawała, że wszystko ma pod kontrolą. Ale szpital szybko zgasił jej blask i pewność siebie.
Czerwone sukienki zastąpiły szlafroki, nieprzespane noce – drażliwość, a miłe słowa – cisza.
Minęło sześć miesięcy.
Gospodyni odeszła. Zostawiła list, w którym napisała, że nie jest gotowa na takie życie. Że pragnie miłości, wolności i przyszłości, a nie czyjejś choroby i niekończącej się opieki.
Mój mąż został sam. Z chorą matką i pustym mieszkaniem. ☹️☹️🤔