Publicité

Poprosiła, by zobaczyć córkę, zanim umrze... a to, co szepnęła jej dziewczynka, na zawsze odmieniło jej przeznaczenie.

Publicité

Nie zwróciła urodzin.

Ani mlecznych zębów, które wypadły, nie mając matki, która by się o nie upomniała.
Ani koszmarów Salomé pod dachem ciotki, która kupowała milczenie słodyczami.

Ani nocy Ramiry, spędzanych na rozmowach z samą sobą w celi – byle tylko nie zapomnieć brzmienia głosu córki.

Wolność nie leczy.

Jedynie przywraca prawo do podjęcia próby uleczenia.

Pułkownik Méndez obserwował tę scenę z odległości kilku kroków.

Tym razem nie miał na sobie ani galowego munduru, ani swego zwyczajowego, beznamiętnego wyrazu twarzy. Wyglądał po prostu na starego. Bardzo starego. Gdy Ramira wstała – a Salomé wciąż kurczowo trzymała się jej w pasie – podszedł bliżej.

Nie wiedział, jak zacząć.

Co samo w sobie było czymś dziwnym w przypadku człowieka takiego jak on.

– Pani Fuentes… – odezwał się w końcu.

Ramira spojrzała na niego.

Przez lata marzyła o tym, by go nienawidzić.

I jakaś jej cząstka wciąż go nienawidziła.

Nie wystarczyło bowiem to, że wreszcie naprawił pewną krzywdę. Był przecież także trybikiem w machinie, która niemal ją zabiła.

Méndez nieznacznie pochylił głowę.

– Nie oczekuję przebaczenia. Chciałem jedynie powiedzieć, że powinienem był zacząć zadawać pytania znacznie wcześniej.

Ramira nie odrywała od niego wzroku.

Publicité