I po raz pierwszy wypowiedzenie tych słów zdawało się sprawiać mu ból.
Godziny, które nastąpiły potem, odmieniły losy wszystkich.
Méndez wznowił śledztwo „od środka”, wykorzystując autorytet, jakim wciąż dysponował, oraz presję wynikającą z wstrzymania postępowania w ostatniej chwili. Zażądał udostępnienia kompletnych akt sprawy – nie tylko sądowego streszczenia, lecz wszystkiego: oryginalnych zeznań, opinii biegłych, protokołów z przesłuchań, odrzuconych tropów, ekspertyz psychologicznych oraz nagrań z miejsca zbrodni.
Odkrył to, czego nikt nie chciał dostrzec.
Na narzędziu zbrodni faktycznie widniały odciski palców Ramiry – lecz także częściowe ślady należące do innej osoby, której tożsamości nigdy nie ustalono w należyty sposób z powodu „niskiej jakości zabezpieczenia materiału dowodowego”. Słynny świadek, który twierdził, że widział ją wychodzącą z domu tamtej nocy, dwukrotnie popadł w sprzeczność we własnych zeznaniach. Co więcej, w opinii psychologa, który przeprowadził rozmowę z Salomé, znalazło się niepokojące zdanie – nabazgrane na marginesie i następnie zignorowane: „Małoletnia upiera się, że sprawcą był mężczyzna noszący charakterystyczny zegarek, choć jej relacja zdaje się być zaburzona przez stres pourazowy”.
Skażona.
To jedno słowo wystarczyło, by pogrzebać jedyny wiarygodny głos w całej tej sprawie.
O czwartej po południu Salomé zaprowadzono do pomieszczenia, w którym przeprowadzano uproszczoną procedurę okazania na podstawie zdjęć. Wśród kilku fotografii przedstawiających mężczyzn w garniturach – z których część była znana jej ojcu, inne zaś włączono do zestawu jako materiał porównawczy – dziewczynka natychmiast wskazała jedną z nich.
Nie zawahała się.
Nie drgnęła.
Nie musiała nawet dotykać zdjęcia.
– Ten.
Był to Héctor Becerra.
Prawnik.