„No dalej” – prychnął Arthur, dosłownie wpychając mi ramię w pierś, popychając mnie w stronę błotnistego korytarza. „Skoro jesteś takim wielkim architektem, zbuduj sobie most. Jej życie towarzyskie jest ważniejsze niż twoja mała „praca”. A teraz wynoś się, zanim spóźnisz się na spacer.”
Drzwi wejściowe zatrzasnęły się za mną. Niebo nad Pensylwanią przybrało barwę poobijanego żelaza. W ciągu dwóch minut mżawka zmieniła się w ulewny, lodowaty deszcz. Stałam na popękanym chodniku, ściskając skórzane portfolio przy piersi, modląc się, żeby wodoszczelna uszczelka wytrzymała.
Brama garażu z hukiem się otworzyła. Ciężki, rodzinny SUV wycofał, a opony syczały na mokrym asfalcie. Chloe nawet nie zwolniła, wjeżdżając na ulicę. Ciężka prawa opona wpadła w ogromną dziurę, rozlewając na krawężnik falę brudnej, oleistej wody deszczowej.
Uderzyła mnie do pasa. Lodowate błoto natychmiast przesiąknęło moją szarą wełnianą spódnicę i marynarkę, przeszywając mnie na wskroś.
Nie krzyczałam. Nie płakałam. Nie uniosłam rąk w górę. Po prostu stałam tam, deszcz przylepiał mi włosy do czoła, i patrzyłam, jak czerwone tylne światła SUV-a znikają za rogiem. Coś w mojej piersi, uwięzi, którą całe życie próbowałam wzmocnić, cicho i czysto pękło.
Szłam. Przez czterdzieści pięć minut maszerowałam w lodowatym deszczu, a moje skórzane mokasyny chlupotały przy każdym bolesnym kroku. Wiatr wył od autostrady, kąsając mój zniszczony garnitur. Kiedy dotarłam do strzelistej szklanej fasady budynku Sterling & Sons, wyglądałam jak rozbitek.
Zostawiłam za sobą ślad błotnistej wody na nieskazitelnym włoskim marmurze holu. Kiedy dotarłam do…