„Wyrzucasz mnie?” „Dam ci czas. Tydzień. Na znalezienie innego miejsca. Nie będę robić zamieszania. Nie będę się dzielić Brunonem. On zostanie ze mną”. Bruno zdawał się rozumieć i objął ją w nogę. Léonard spojrzał na nią, jakby widział ją po raz pierwszy. „O wszystkim zdecydowałaś”. „Tak”. „I nawet nie rozmawiasz?” Uśmiechnęła się lekko – smutno. „Próbuję rozmawiać od sześciu lat”. W korytarzu zadzwonił dzwonek. Ostry, natarczywy. Léonard wzdrygnął się. „Pewnie mama”. Camille skinęła głową. „Otwórz”. Podszedł do drzwi. Po kilku sekundach znajomy głos Eveline Marten rozbrzmiał echem w mieszkaniu: „I co, posprzątałaś?” Zapomniałam kosza! Camille powoli wyszła na korytarz. Eveline zamilkła, widząc torbę. „Wychodzisz gdzieś?” „Tak” – odpowiedziała spokojnie Camille. „Wychodzę”. „Jak mam się „wybierać”?” W głosie teściowej zabrzmiało oburzenie. „Z tego życia, którego nie jestem częścią”. Eveline zwróciła wzrok na syna. „Léonard, o czym ona mówi?” Milczał. A w tej ciszy było wszystko – jego niezdecydowanie, nawyk nieingerowania, jego wieczne „jakoś się ułoży”. Camille włożyła płaszcz.
„Zostawię klucze w szafie”. Masz tydzień. „Pożałujesz” – powiedziała ostro Eveline. „Nie dasz rady sama”. Camille spojrzała na nią spokojnie. „Dałam sobie radę. Zanim poznałam twojego syna”. Otworzyła drzwi. Powietrze na klatce schodowej wydawało się zimne i świeże. Po raz pierwszy od dawna – jasne. Nikt za nią nie krzyczał. Nie zatrzymywał jej. Nie prosił, żeby została. Drzwi cicho się zamknęły. W mieszkaniu panował nieporządek, w powietrzu unosił się zapach oleju, a dwoje ludzi dopiero teraz zdało sobie sprawę, że straciło coś, co uważało za oczywiste. Camille zeszła po schodach – nie prędko i bez pozwolenia, ale w chwili, gdy jej własne życie w końcu się zaczyna.