Sąsiadka zawahała się. Cofnęła się o krok, jakbyśmy mówiły w języku, którego nie rozumiała. Powoli pokręciła głową, gestem absolutnej ostateczności.
„Kochanie” – powiedziała, ściszając głos do szeptu. „Nikt nie mieszkał w tym domu od lat”.
Słowa uderzyły mnie jak policzek. Zamrugałam, pewna, że się przesłyszałam.
„Co?” – zaśmiałam się, ale dźwięk był urywany. „To niemożliwe. Dzwoniła do mnie w zeszłym tygodniu. My… wysyłaliśmy tu kartki świąteczne”.
Twarz sąsiadki się nie zmieniła. Wyraziła się na niej litość, jaką się odczuwa wobec osób chorych psychicznie. „Mieszkam tu od dwudziestu trzech lat. Ten dom stoi pusty od… no cóż, od czasu, gdy policja zrobiła tu nalot trzy lata temu. Teraz chyba jest własnością banku. Ale nikt tu nie przychodzi”.
Serce zaczęło mi walić o żebra, niczym spanikowany ptak uwięziony w klatce. „Policja?”
Skinęła głową. „Cokolwiek się tam wydarzyło, zamknęli część. To martwy dom”.
Otworzyłam usta, żeby się kłócić, żeby sprawdzić historię wiadomości i jej to pokazać, żeby udowodnić, że moja rzeczywistość jest prawdziwa. Ale wtedy lekkie szarpnięcie za rękaw mnie powstrzymało.
„Mamo…” wyszeptał Ethan.
Spojrzałam w dół. Jego twarz była blada, a oczy szeroko otwarte i wpatrzone w coś w pobliżu fundamentów domu. Drżał.
„Patrz”, wyszeptał.
Wskazując małym palcem w bok ganku, gdzie niedawno zdeptano wysokie chwasty.
Za przyschniętym krzakiem azalii znajdowały się wąskie betonowe schody prowadzące pod…