Pielęgniarka odwróciła wzrok, zajmując się kroplówką. „Są… pewne rzeczy, które musimy najpierw omówić”.
Do pokoju wszedł mężczyzna, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Nie był lekarzem. Zamiast kwiatów trzymał tabletkę i nosił identyfikator szpitalny, który identyfikował go jako pracownika administracji .
„Pani Parker” – zaczął, po czym poprawił się bez cienia empatii. „Panna Parker. Pokój 202”.
Korekta okazała się trudniejsza od operacji.
„Nastąpiła zmiana w twoim stanie cywilnym” – kontynuował, głosem płaskim, profesjonalnym, recytując tekst. „Twój rozwód został sfinalizowany dziś rano”.
Wpatrywałam się w niego, pewna, że morfina wywołuje u mnie halucynacje. „To niemożliwe” – wyszeptałam. „Byłam nieprzytomna”.
„Tak” – odpowiedział, stukając w ekran. „Ale dokumenty były ważne. Wstępnie podpisane warunki”.
Serce zaczęło mi walić o żebra, jak spanikowany ptak uwięziony w klatce. „Grant by nie…”
„Tak.” Mężczyzna obrócił tabliczkę w moją stronę. Podpis Granta utkwił w nim wzrok, śmiały, arogancki, znajomy. Pod spodem widniało moje nazwisko – wydrukowane, autoryzowane, wykonane. Data, godzina – wszystko precyzyjne. Wszystko ostateczne.
„Nie jesteś już objęty ubezpieczeniem p