„Bezwstydna” – powiedziała jedna z nich na tyle głośno, że mogłam ją usłyszeć. „W ciąży i niezamężna. Co by pomyślała jej babcia?”
„Żaden szanujący się mężczyzna nie będzie jej już tknął” – odpowiedział ktoś inny.
Nie spuszczałam głowy i pracowałam dalej. Bo przerwanie oznaczało oddanie im zwycięstwa. Najgorsze było, gdy wiejskie dzieci zaczęły mnie dręczyć. Byłam w ósmym miesiącu ciąży, dźwigając ciężkie torby z zakupami, gdy otoczyła mnie grupka nastolatków.
„Czy dziecko ma ojca?”
„Czy to dziecko demona?”
Upuściłam torby i krzyknęłam na nich, a mój głos był ochrypły od miesięcy tłumionej wściekłości. „Odejdźcie ode mnie! Wszyscy! Zostawcie mnie w spokoju!”. Rozbiegli się, śmiejąc się, myśląc, że mój gniew jest częścią rozrywki.
Mój syn urodził się w deszczowy wtorek we wrześniu. „To chłopiec” – powiedziała położna, kładąc go na mojej piersi z większą siłą, niż było to konieczne. „Chociaż nie wiem, co z nim zrobisz. Nie ma ojca, który by się nim zajął. Pewnie oboje umrzecie z głodu”.
Spojrzałem na twarz syna, na oczy jego ojca wpatrzone we mnie i złożyłem obietnicę. „Nie umrzemy z głodu” – wyszeptałem. „Nie pozwolę nam”.
Następne lata były na