Sięgnął do kieszeni mojego płaszcza i wyciągnął starannie posortowaną paczkę korespondencji, posegregowaną według kategorii.
„Nie czytałem niczego, co było otwarte” – dodał szybko. „Zawiadomienie od właściciela już leżało otwarte na stole”.
Ścisnęło mnie w gardle.
„Dwa ostrzeżenia dzielą cię od eksmisji” – powiedział delikatnie.
„Wiem”.
„Nie mogę teraz nic wpłacić” – kontynuował – „ale mogę ci dać pole do negocjacji”.
Wyrwał mi się krótki, pozbawiony humoru śmiech. „Właściciele nie traktują ze współczuciem”.
„Nie” – odpowiedział spokojnie. „Reagują na korzyści”.
Tego wieczoru, po tym, jak Oliver zasnął, siedziałem naprzeciwko Adriana przy kuchennym stole, a zawiadomienie od właściciela drżało mi w dłoniach.
„Pozwól mi jutro obejrzeć budynek” – zasugerował cicho.
Prostota tej sugestii mnie zaniepokoiła. Nie reagował na chaos.
Analizował konstrukcje.
W sobotni poranek blade światło sączyło się przez cienkie zasłony. Spodziewałem się, że zniknie w nocy, ale dokładnie o siódmej był na miejscu, gotowy, z poręczą zabezpieczoną, a moja sfatygowana skrzynka z narzędziami otwarta.
„Wyjdę, kiedy pan pozwoli” – powiedział. „Do tego czasu będę użyteczny”.
Weszliśmy do biura budynku za brzęczącymi pralkami. Pan Pritchard podniósł wzrok, już zirytowany.
„Zalega pan z czynszem”.
„Wiem o tym” – powiedziałem spokojnie.
Przyjrzał się Adrianowi. „A pan?”
„Tymczasowym konsultantem” – odpowiedział spokojnie Adrian. „Chciałbym zająć się kilkoma nierozwiązanymi problemami konserwacyjnymi dotyczącymi bezpieczeństwa lokatorów”.
Pan Pritchard prychnął. „Nie ma poważniejszych problemów”.
„Światła na tylnej klatce schodowej nie działają. Poręcze na trzecim piętrze są niestabilne. Otwór wentylacyjny suszarki jest niebezpiecznie zatkany. Framuga drzwi mieszkania 3C była wypaczona od miesięcy” – powiedział spokojnie Adrian.
Pan Pritchard zesztywniał. „Kto ci to powiedział?”
„Budynek”.
Zapadła długa cisza.